„To, co działo się w duszy Hansa Castorpa, można było określić tylko jednym słowem: wyzwanie. I choć słowo to zawiera w sobie tyle nagany, nawet jeśli – lub zwłaszcza jeśli – odpowiadające mu występne uczucie związane jest z rzeczywistym strachem, to jednak trochę ludzkiego zastanowienia pozwala zrozumieć, że na dnie duszy młodzieńca czy mężczyzny, który latami żył jak ten, zbiera się coś lub – jak by to Hans Castorp po inżyniersku powiedział – następuje „akumulacja” czegoś, co pewnego dnia musi się wyładować jako żywiołowe „niech tam” czy „niech się dzieje co chce” pełnej gorzkiej niecierpliwości – krótko mówiąc jako wyzwanie i wyzbycie się
mądrej przezorności”

(Tomasz Mann, Czarodziejska Góra, t.2, z rozdziału śnieg, tł. Jan Łukowski)

Niech tam – powiedziałem więc sobie – i pojechałem w Izery. Po dwunastu godzinach jazdy wysiadłem na dworcu w Jeleniej Górze i wskoczyłem w PKS do Szklarskiej. Tam patrząc na ośnieżony masyw Karkonoszy wspinałem się na Wysoki Kamień. Śnieżna pokrywa była jeszcze pokaźna, zapadałem się po kostki, czasem po kolana. Grzbiet Izerów okazał się być płaski, urzekał monotonią świerkowych monokultur, spośród których sterczały szare kikuty znaczące ślad ekologicznej katastrofy sprzed lat. Czasami mijali mnie narciarze biegowi, którzy w tej krainie, niedaleko Jakuszyc mają swoją Mekkę, wszak to tutaj odbywa się Bieg Piastów i mistrzostwa Polski. Minąłem Zwalisko i wszedłem na teren kopalni kwarcu, gdzie przywitał mnie księżycowy krajobraz i ostrzeżenie przed rozrzutem kamieni, które fruwają tu w powietrzu pod presją eksplozji. Kopalnia była jednak jeszcze zamknięta, ale wyobraźnia łatwo mogła przyjąć wersję, że została zamknięta ostatecznie i teraz już tylko rdza ją bierze we władanie. Znalezienie wierzchołka Wysokiej Kopy okazało się zadaniem jak Puchatka szukanie połnocnego bieguna. Po godzinnym brodzeniu w śniegu odnalazłem maluteńką tabliczkę przyczepioną do jednego z drzew. Zbliżyłem się zatem o jeden szczyt do zdobycia korony gór polskich. Pogoda była śliczna, nigdy nie zdarzyło mi się brnąć po kolana w zaspach i jednocześnie spalić sobie ręce  i kark na intensywnym słońcu. Dzień dłużył się, ale jednocześnie ja posuwałem się naprzód bardzo powoli, prawie dwa razy dłużej niż to mówiły znaki. We znaki dawał się oczywiście głęboki śnieg.

Izery

kopalnia kwarcu izery

Miałem do wyboru udać się do schroniska na Stogu Izerskim albo do Chatki Górzystów. Wybrałem to drugie rozwiązanie, zwłaszcza, że aura tego miejsca dobiegła już z różnych stron kilkakrotnie do moich uszu. Zaiste znalazłem się w miejscu niezwykłym, przyjęty serdecznie, choć przylazłem „na krzywkę” w przedzień świąt. Otrzymałem nocleg na żelaznym łóżku pokoju „narożnego”. oprócz tych dojrzałem też „kiszkę” przystosowaną do miłosnych harców, dla samotnych parek idących w góry, „starą kuchnię”, „wytrzeźwiałkę” i „kierownika”. Współtowarzyszami noclegu okazało się dwóch równych chłopaków z Kamienia Pomorskiego, którzy na krótko przede mną dotarli tu ze Świeradowa oraz mój Imiennik, pracownik schroniska. Z nimi też spędziłem przy świetle świec (w schronisku nie ma prądu) ostatnie godziny wieczoru. Artur okazał się wspaniałym gawędziarzem, obojętnie czy mówił o Izerach, umocnieniach Wału Pomorskiego, czy gatunkach tytoniu.  Jego opowieści o przebijaniu się do Chatki w zamieci dodawały jeszcze surowszego kolorytu do tej kwietniowo-zimowej hali, kiedy staliśmy na progu i patrzyliśmy w noc. Dziwne to miejsce o wyjątkowo mroźnym mikroklimacie pokryte jest torfowiskami a rosną tutaj kosodrzewiny najniżej w Europie. Także wyludnienie wioski po wojnie, która liczyła 400 głów a zmniejszyła się do rozmiarów tej jednej zaadaptowanej na schronisko chatki, gdzie wecześniej mieściła się szkoła, no więc także i ta historia, pobudzała wyobraźnię. Jakby tego było mało nastąpiła potem „siekierezada”, trzeba było porąbać drzewo na opał. Drwale z nas mieszczuchów byli kiepscy, niemniej machanie siekierą było na swój sposób ekscytujące. Wymarsz następnego dnia był kolejnym objawem braku rozsądku, bo raz, ze za późno – o dziesiątej, dwa, że do Świeradowa, gdzie gorsze połączenia, trzy, że jeszcze dłuższą z dostępnych dróg.

siekiera, siekiera!


Jeszcze podczas porannego krzątania się dojrzałem w pomieszczeniu koło łazienki zwały książek Wydawnictwa MON, Tygrysów oraz innej literatury, nierzadko pięknej. Okazało się, że są to dublety pozycji, które dumnie prezentowały się w przytulnej kominkowej jadalni. Sympatyczna Właścicielka schroniska weszław posiadanie tego zbioru wykupując go od likwidowanej Biblioteki Podchorążych w Jeleniej Górze. Właśnie jeden z takich dubletów, „Mickiewicz- Słowo i czyn” Aliny Witkowskiej postanowiłem nabyć jako pamiątkę i w celu wzbogacenia swojego gabinetu osobliwości. W książce znajduje się pieczątka Biblioteki Podchorążych oraz karta książki, która jak się okazuje w ciągu lat kilkunastu znalazła kilkunastu czytelników. Być może byli to poborowi w guście młodego Marcina Świetlickiego? Albo byli zmuszani do tej pasjonującej lektury?

izery

Wyszedłem z Chatki z mocnym postanowieniem niegdysiejszego powrotu. Udałem się żołtym szlakiem w stronę czeskiej granicy. Śnieg był jeszcze wredniejszy niż poprzedniego dnia, zapadałem się po kolana, słońce grzało jak cholera i jeszcze ten niepokojący dźwięk płynących pod niepewnym śnieżnym gruntem strumieni (śnieg topniał od spodu) sprawiał, że nie czułem się zbyt pewnie. Zatem słońce, śnieg i mozół… Na Stogu Izerskim zobaczyłem jak słusznego dokonałem wczoraj wyboru – prowadzi tu kolejka linowa, co sprawia, że schronisko stać się może domem wczasowym dla turystycznej stonki. Niemniej zjazd kolejką był bardzo przyjemny, symboliczny w wymowie jak rok temu, kiedy po ośmiodniowym marszu przez śniegi zjechałem z Szyndzielni do Bielska. Powrót do cywilizacji okazał się pełny, bo zdążyłem jeszcze na busa do Jeleniej, nacykać w mieście fotek i mogłem już zmywać się do domu, żeby dotrzeć na wielkanocne śniadanie.