Mężczyzna, chcąc odnaleźć pragnienie swojego serca musi uciec od hałasu i rozproszenia codziennego życia, aby spędzić trochę czasu z własną duszą. Musi wyruszyć na odludzie, do ciszy i samotności. Przebywając sam z sobą, musi pozwolić, by na powierzchni ukazało się to, co jest w środku.


 
John Eldredge, Dzikie serce, Poznań 2003, s. 202. 


Któryś to już raz w ostatnich miesiącach znalazłem się w Wałbrzychu. W kawiarni niedaleko dworca spędziłem pół godziny, skryty pod daszkiem czapki przysłuchiwałem się rozmowom miejscowych trunkowych. Była jeszcze wczesna godzina, ale ponurość przykryła miasto; „pogoda jest gastronomiczna” – trafnie stwierdził ktoś. Wśród trunkowych, ja to wśród trunkowych – oznajmujące sentencje powtarzane wielokrotnie, przekomarzania, przerywania, przesadne gesty, lekceważenie, przesadne śmiechy; słyszycie gardło takiego śmiechu przykryte sadzą czterdziestu papierosów i żrącym starogardzkim „pół litra”? Ale biegłem już dalej: wsiadałem, wysiadałem. Wiersze czytałem po dwunastu godzinach podróży, w Nowej Rudzie czytałem, na jednej z lokalnych melancholijnych pustawych imprez, w trudnym mieście i wiersz Maliszewskiego chodził za mną „Góry Sowie, Góry Sowie”, :”widzisz i opisujesz nikt tego nie czyta”. Chłopaki z „Czwórek” opowiadali o piśmie, apokalipsa rozbijała się o agnostyczne brzegi noworudzkich kamienic. Tutejszy schyłek mocno wrastał w pejzaż, nie dawał się wypędzić. Potem znowu rozmowy, trunki, do późna w nocy, a potem dalej: pakowanie, z Góry Anny do miasta zbieganie, do Bystrzycy Kłodzkiej jazda. W Bystrzycy błądzenie w uliczkach, zaułkach, łapanie ujęć. W tym momencie wychodzi słońce. I jasność rozświetla scenę. W stanie euforycznym opuszczam miasto szosą w szpalerach drzew; niestety siadają baterie od aparatu, więc jest powód by pisać. Bo jeśli nie zapiszę, jak odnajdę tamto południe? Niech więc zostanie w tych linijkach, kiedy wchodzę na górę „nie nazbyt wysoką”.


droga z Bystrzycy w Góry Bystrzyckie
 

Konkretnie jest to Jagodna – najwyższy szczyt Gór Bystrzyckich, osiemnasty wierzchołek w mojej koronie. Z wysokością powrócił śnieg, ale powrócił tak inaczej – było bardzo ciepło, kiedy szedłem drogą mijając „świerków spódnice” a one jarzyły się błyskami kropel – bór tajał, bór parował; tymczasem na ziemi wciąż gruba warstwa śniegu zalegała pod butami. Zapadałem się po kolana, nieraz nawet do pół uda. Przecierałem szlak idąc pustą drogą, którą nikt nie chodził od ostatnich opadów; wchodziłem w głąb śniegowego terytorium. Dojrzewały godziny, zmrok czaił się po cichu. Ale jeszcze jest jasno, bardzo jasno, gdy dochodzę do szczytu, małej drewnianej ambony, na którą można się wspiąć by pooglądać widoki. Wchodzę tam i widzę, że zbliża się kilka dziarskich postaci, idą plecaki, idą goreteksy, „stuptuty”. Cześć, cześć. Oni idą z naprzeciwka, nasze szlaki zbiegają się więc na górze. I tak miałem wracać, więc dołączam ochoczo do tej wesołej kompaniji. Ten oddział sześciu wędrowców to informatycy z Wrocławia. W zasadzie to przypadek, że się tu spotykamy – gdyby chłopaki nie zajmowali się lepieniem monstrualnego cyc-bałwana zgarnęliby mnie po drodze na Jagodną. A tak powrót do schroniska na przełęczy w ich towarzystwie jest już lajcikiem. Zajmujemy dwa pokoje w schronisku. Jeden z nowo poznanych kolegów zadaje mi jako poloniście pytanie: jakich pisarzy polskich cenię najbardziej – rzucam po parę nazwisk i okazuje się, że jego największe emocje wzbudza Mackiewicz. Józef Mackiewicz…studia polonistyczne skończylem, ale na liście lektur go nie pamiętam. Polecił mi go dopiero trzy lata temu Tomek R. – serdeczny druh z ostrobramskiej pielgrzymki, z którym wdałem się w przypadkową w Sejnach rozmowę. A teraz tu Droga donikąd w schronisku na Jagodnej. Lecz nie dość zdziwień tego dnia. Bo okazuje się, że z domu chłopaków wygoniła ta sama książka, co mnie. John Eldredge znaczy. Z plecaków wyjmują książki – “sprane o duszy i woli”. I zaczynamy… ćwiczenia. Zdanie po zdaniu, punkt po punkcie omawiamy Dzikie Serce.  Ile siedzimy przy jednym stole – godzinę, dwie? Eldredge skłania do zrzucenia póz, codziennego rynsztunku społecznych łatek;  znam już imiona wszystkich: jest Piotr, Wojtek, Michał, Mateusz, są Witek, Marcin. A i ja nie jestem dla nich anonimowy. W tok rozważań nawet jeden z wierszy się wpasowuje.


koło schroniska Jagodna
 

Następnego dnia, sam już niestety, ruszam do Dusznik. Pożegnania, dłoni uściski. Cztery godziny duktami, szosami do Zieleńca, gdzie wyciągi, narciarze, infrastruktura, parkingi, swąd, grill. Przelatuję przez to wesołe zimowisko i ruszam w kierunku Orlicy. Czas jest dobry, może pierwszy raz stanę na tym szczycie zimą? Z początku droga wyjeżdżona przez narciarzy, jak po autostradzie maszeruję w górę. Ale po trzech kwadransach szlak zielony odbija w górę, w ścieżkę, której zimą nie ma. Zapadam się w śniegu, bezskutecznie szukając rozrzuconych w lesie znaków. A zatem kapitulacja… Nie będzie Orlicy. Schodzę. Lecz nartostrada biegnie dalej i stawia mnie przed czeską granicą. Pozor! Pozor! No, być tutaj i po czeskiej stronie nie stanąć? Wchodzę. I już jestem Ceskoj Repulice. Stamtąd wejście okazuje się łatwe. A potem schodzenie, pożegnanie śniegów, stukot pociągów, postój we Wrocławiu w ulubionym barze sączenie browara. I wraca do mnie pytanie jednego z chłopaków: Dlaczego Góry Bystrzyckie?

 

No właśnie. Przecież ani wysokie, ani znane, ani na tle innych miejsc specjalnie atrakcyjne. Skąd się tutaj wziąłem? Mniejsza o to. Ale za to jaka wspaniała Eldredge’a tropa, jaka opowieść…