Dom na odludziu broni się przed błotem,
którym się przestrzeń wypełnia samotna.
a dom z przestrzenią łączy się z powrotem
poprzez swój dym i poprzez swoje okna.
Szafy, wpatrzone w ogród rozpluskany,
drzwi swoje w myślach lękliwie ściskają.
Lampy w napięciu wiszą nieustannym.
Lecz szyby w oknach nic nie wyrażają.

(Josif Brodski, Okna, tł. Andrzej Drawicz) 

  

            Ile znaczy dom, w którym mieści się dzieciństwo, młodość i starość. Dom, od którego świat się rozchodzi jak kręgi na wodzie. Własne centrum, mocne oparcie w przeszłości. Po latach odwiedziłem zasiedziałych we Wrzeszczu kumpli z podstawówki. Zastałem ich, tak jak zostawiłem, w tym samym miejscu, tylko starszych o lat kilkanaście. Kilkanaście lat, gdzie nie mieliśmy wspólnych wspomnień ani przeżyć. Czułem się jak cudem ocalony rozbitek. Gdyby nie to, że piliśmy wódkę, mogłoby się wydawać, że nadal jesteśmy tymi chłopakami, którzy kopali piłkę na pobliskim szkolnym boisku. Nie mogli zrozumieć, że teraz mieszkam w Gdyni. (Nie mogłeś wynająć czegoś na dzielnicy?!)  Nigdy nie opuścili Wrzeszcza, więc nie wyobrażają sobie, żeby mogli mieszkać gdzie indziej. Wyraźnie im tego zadomowienia zazdroszczę. Wraz z wyprowadzką stałem się właściwie bezdomny, zdany na nomadyzm… Dlatego Gdynia jest teraz dla mnie idealna, w Gdynię jest wpisane przecież przybywanie, oswajanie…


 
            Mam przyjaciół-poetów, którzy mieszkają od urodzenia w tych samych domach. Kto wie, czy to ich zadomowienie nie tłumaczy ich wyborów twórczych, temperamentów? Wojciech Wencel nie opuścił swojej Matarni. Kiedy czyta się jego wiersze można narysować mapę okolicy i zaznaczyć na niej solennie zieloną rynnę, którą Wojtek widzi z okna. Pochyły nieco zapuszczony ogród zaczyna się zaraz za progiem. Mając „korzeń” widzi się wszystko ze stałej perspektywy. Kiedy Wencel wsiada na prom do Visby czuje się jak hobbit, który opuścił swoje Shire. Inny poeta, Jarek Jakubowski od urodzenia mieszka w Koronowie na Pomorzu. Na jego domu znajduje się tablica, która upamiętnia, że znajdował się tu sztab 9 Podlaskiej Dywizji Piechoty. (informacja ta niezmiennie mnie elektryzuje; ja przecież znam ten sztab! w głowie kołata mi się tytuł rozdziału „niezwykły wyczyn pułkownika Werobeja”. Pułkownik Józef Werobej był dowódcą 9 dywizji, która rozciągnięta na linii Brdy rozbita została przez przeważające siły XIX korpusu pancernego Heinza Guderiana i idących mu w sukurs dywizji piechoty. Z grupą kilkudziesięciu żołnierzy płk Werobej odcięty od reszty sił Armii Pomorze klucząc między niemieckimi oddziałami zdążył jeszcze dogonić Polaków nad Bzurą).  Wencel ma w swoim domu Maxa Roemera (patrz: piękne epitafium) a po domu Jarka chodzi pułkownik Józef Werobej… U Jakubowskich kuchnia także przechodzi wprost w ogród. W jednym z tekstów można przeczytać opowieść o robaku, który uporczywie przemierza kosmos tej przestrzeni. Czytając to, czuję minuty i kwadranse; czuję rozciągnięcie wiersza w czasie… Wencel i Jakubowski na pewno byliby innymi poetami, gdyby nie mieli t a k i c h domów. Przez to, że mieszkają w domach rozpisanych na wiersze, każde spotkanie z nimi w tym kontekście jest dla mnie spotkaniem totalnym, spotkaniem z mikrokosmosem ich przeżyć, wrażeń, codzienności…