nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: john-eldredge

Botev. Ostatni odcinek w kierunku najwyższej góry Balkanu wiódł przez odkryte połoniny. Potężna sylweta góry robiła imponujące wrażenie. Nie na darmo jej turecka nazwa brzmi „Jumrukczał”, co tłumaczy się jako „podobny do pięści”. Faktycznie wyglądała jak ogromna pięść śpiącego olbrzyma. Za niewielką „zasłoną Botev” pozostawało jeszcze nietrudne, choć dość strome podejście na szczyt. Kilkaset metrów niższy od Musały i Wihrena, Botev ma swoją mitologię. Klimat jest tu bardzo surowy, pogoda kapryśna. Wierzchołek przez trzysta dni w roku pozostaje we mgle. Mówi się, że kto trafi na dobrą pogodę na Botevie będzie miał powodzenie w interesach przez cały rok. I tym razem pogoda zmieniła się dwa-trzy razy. Gdy mijałem „zasłonę Botev” szczyt był całkowicie wolny od chmur, ale niespełna godzinę później widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów, później znów nieco się wypogodziło. Góra musiała przynosić zawód tym, którzy spodziewali się po niej dzikości. Można tu było wjechać samochodem i spotkać grupki niedzielnych turystów, którzy hałaśliwie ładowali się do budynku stacji meteorologicznej. Słychać było chrapliwy dźwięk motocykli. Ale gdy zapadała cisza, w oparach mgły mogło się wydawać, że znaleźliśmy się w jakiejś stacji arktycznej. Chwilę później – przywrócony do rzeczywistości promieniami sierpniowego słońca, zauważyłem porozwieszane na ścianach kartki z ostrzeżeniem przed żmijami. Żadnej żmii jednak nie uświadczyłem. Natomiast poczułem na kolanie nos wychudzonego psa. Wyglądał żałośnie, ale nie karmiłem go. Ruszyłby wtedy za mną i trudno byłoby się pozbyć jego kłopotliwego towarzystwa. Jeśli droga przez Bałkan, to było jak mówił Iwo, „grob, grob” to apogeum tego szlaku mogił nastąpiło na Botevie. Nagrobek młodego nauczyciela i kilkorga uczniów.
Październik, lata sześćdziesiąte. Co się mogło stać? Burza? Inny nagrobek: trójka wspinaczy z lat pięćdziesiątych. Surowy kamień z czekanem zamiast krzyża. Data styczniowa. Lawina? A może któryś z nich odpadł od ściany pociągając za sobą kolegów?

Schodziłem stąd dość szybko. Zorientowałem się parę minut potem, że przecież miał to być jeden z najbardziej eksponowanych momentów wyprawy a minął prawie niezauważenie. Przecież od dwóch-trzech dni myślałem o tym, czy uda się wejść na Botev. Odtąd szlak mógł wieść już tylko niżej… Zejście było proste, częściowo wiodło utwardzoną szosą i znów najbardziej dokuczały mi obolałe stopy. Był  to już trzynasty dzień podróży. Znów spotkałem grób, tym razem jakiegoś dziewiętnastowiecznego powstańca, osaczonego przez Turków. W chyży Taza byłem znów jedynym gościem. Gospodarze byli uprzejmi, mogłem zjeść dwa talerze zupy, ale nie wdawali się w dłuższe rozmowy. Oglądałem więc bułgarskie wiadomości, ale nic się nie działo. Środek sezonu ogórkowego. Brudna plaża gdzieś tam. Brak miejsc parkingowych „na moreta” i tak dalej. Wyglądało na to, że cała Bułgaria wyjechała nad morze a ci co zostali zaraz mieli wyjechać.

Co działo się następnego dnia w drodze do chyży Uzana? Znów zobaczyłem Cyganów wynajmujących się do roboty w górach. Oblepili wypchany samochód jak owady, siedzieli w otwartym bagażniku, na dachu, trzęsąc się na krzywej bitej górskiej drodze. Gdybym zrobił im zdjęcie, w kraju mógłbym szpanować, że trafiłem do jednego z najdzikszych miejsc Europy. Nasza literatura czeka na takie obrazki – z Rumunii, Mołdowy, Macedonii… Smętny bałkański jazz wypełnia ponure krajobrazy. Jeździmy się ekscytować bezpieczną dzikością, biedą większą niż nasza, czasem spóźniającym się o dwadzieścia-trzydzieści lat. Uciekamy w melancholię. Ale przecież nie będę ściemniał. Niedługo potem trafiłem do chyży Mazalat. Po rozpadających się schroniskach, prowadzonych przez przypadkowych ludzi ta chyża musiała zrobić wrażenie. Schludna do perfekcji, w promieniu kilku kilometrów idealnie oznaczone szlaki – tak jakbym trafił do bułgarskiej stolicy marszów na orientację. Odmalowane słupy zimowego szlaku, z informacją, co ile metrów są ustawione i jaki należy obrać azymut. Przecierałem oczy ze zdumienia. Dzień był słoneczny – na ławkach na zewnątrz wygrzewali się emeryci. Starsi ludzie w górach… Ich wysłużone buty, starannie zawinięte wełniane skarpety. Plecaki wyblakłe od lat i deszczy. Przychodzili z czarnobiałych zdjęć, wolnym, ale pewnym krokiem. Możliwe, że okoliczne ścieżki przemierzali od kilkudziesięciu lat. Coraz bardziej zmęczone serca mierzyły im czas.

Z Mazalat starym lasem bukowym zmierzałem w tereny bardziej cywilizowane. Dochodziły tu asfalty, ludzie budowali weekendowe domy. Ludzie na rowerach. Chyża Uzana leżała na rozległej polanie, gdzie zatrzymywały się autobusy. Całe piętro schroniska było wynajęte na obóz językowy. Wielonarodowa młodzież uczyła się angielskiego, wszędzie porozwieszane były angielskie napisy i hasła. Przyglądałem się tym młodym ludziom zunifikowanym w europolitycznej poprawności. Wędrowałem przez ten kraj, żeby szukać, uczyć się innego. Oni się ujednolicali. Narody? To tylko różne stroje i kolory twarzy w ramach jewropiejskiego sojuza. Również oni mi się przyglądali – słyszałem złośliwe komentarze. Bo przecież nie przyznawałem się do angielskiego i mówili w mojej obecności całkiem swobodnie. Teraz zdałem sobie sprawę z tego, dlaczego duże zachodnie nacje budziły moją niechęć. Ich języki, te „języki obce”, o których konieczności uczenia słyszałem od dzieciństwa -  angielski, niemiecki, francuski, hiszpański – to były języki narodów i kultur kolonialnych. Kiedy myśmy walczyli za wolność „naszą i waszą”, Murzyni pracowali na ich plantacjach. Tam, gdzie Polacy albo Bułgarzy przyjeżdżają na Zachód do pracy jak tania siła robocza, niewiele różnią się dla nich od przybyszów z trzeciego świata. Angielski, francuski, czy niemiecki dawały swoim etnicznym użytkownikom prawo do debilstwa, z którego wyżyn i tak patrzyło z góry na resztę świata. Odgrodziłem się od nich. Brudem, zarostem, smrodem potu, łamanym językiem. Chciałem czuć „rytm ziemi, pod ręką coś namacalnego” – jak pisze Eldredge. Nic nie wiedzieć o zegarach, terminach, zyskach i stratach. Spędzać czas tak, żeby mieć brudne paznokcie. Powoli wracałem do miasta. Tylko po to, żeby za kilka dni, tygodni, miesięcy, znowu uciec. Marzyć o życiu, które jest gdzie indziej.

Mężczyzna, chcąc odnaleźć pragnienie swojego serca musi uciec od hałasu i rozproszenia codziennego życia, aby spędzić trochę czasu z własną duszą. Musi wyruszyć na odludzie, do ciszy i samotności. Przebywając sam z sobą, musi pozwolić, by na powierzchni ukazało się to, co jest w środku.


 
John Eldredge, Dzikie serce, Poznań 2003, s. 202. 


Któryś to już raz w ostatnich miesiącach znalazłem się w Wałbrzychu. W kawiarni niedaleko dworca spędziłem pół godziny, skryty pod daszkiem czapki przysłuchiwałem się rozmowom miejscowych trunkowych. Była jeszcze wczesna godzina, ale ponurość przykryła miasto; „pogoda jest gastronomiczna” – trafnie stwierdził ktoś. Wśród trunkowych, ja to wśród trunkowych – oznajmujące sentencje powtarzane wielokrotnie, przekomarzania, przerywania, przesadne gesty, lekceważenie, przesadne śmiechy; słyszycie gardło takiego śmiechu przykryte sadzą czterdziestu papierosów i żrącym starogardzkim „pół litra”? Ale biegłem już dalej: wsiadałem, wysiadałem. Wiersze czytałem po dwunastu godzinach podróży, w Nowej Rudzie czytałem, na jednej z lokalnych melancholijnych pustawych imprez, w trudnym mieście i wiersz Maliszewskiego chodził za mną „Góry Sowie, Góry Sowie”, :”widzisz i opisujesz nikt tego nie czyta”. Chłopaki z „Czwórek” opowiadali o piśmie, apokalipsa rozbijała się o agnostyczne brzegi noworudzkich kamienic. Tutejszy schyłek mocno wrastał w pejzaż, nie dawał się wypędzić. Potem znowu rozmowy, trunki, do późna w nocy, a potem dalej: pakowanie, z Góry Anny do miasta zbieganie, do Bystrzycy Kłodzkiej jazda. W Bystrzycy błądzenie w uliczkach, zaułkach, łapanie ujęć. W tym momencie wychodzi słońce. I jasność rozświetla scenę. W stanie euforycznym opuszczam miasto szosą w szpalerach drzew; niestety siadają baterie od aparatu, więc jest powód by pisać. Bo jeśli nie zapiszę, jak odnajdę tamto południe? Niech więc zostanie w tych linijkach, kiedy wchodzę na górę „nie nazbyt wysoką”.


droga z Bystrzycy w Góry Bystrzyckie
 

Konkretnie jest to Jagodna – najwyższy szczyt Gór Bystrzyckich, osiemnasty wierzchołek w mojej koronie. Z wysokością powrócił śnieg, ale powrócił tak inaczej – było bardzo ciepło, kiedy szedłem drogą mijając „świerków spódnice” a one jarzyły się błyskami kropel – bór tajał, bór parował; tymczasem na ziemi wciąż gruba warstwa śniegu zalegała pod butami. Zapadałem się po kolana, nieraz nawet do pół uda. Przecierałem szlak idąc pustą drogą, którą nikt nie chodził od ostatnich opadów; wchodziłem w głąb śniegowego terytorium. Dojrzewały godziny, zmrok czaił się po cichu. Ale jeszcze jest jasno, bardzo jasno, gdy dochodzę do szczytu, małej drewnianej ambony, na którą można się wspiąć by pooglądać widoki. Wchodzę tam i widzę, że zbliża się kilka dziarskich postaci, idą plecaki, idą goreteksy, „stuptuty”. Cześć, cześć. Oni idą z naprzeciwka, nasze szlaki zbiegają się więc na górze. I tak miałem wracać, więc dołączam ochoczo do tej wesołej kompaniji. Ten oddział sześciu wędrowców to informatycy z Wrocławia. W zasadzie to przypadek, że się tu spotykamy – gdyby chłopaki nie zajmowali się lepieniem monstrualnego cyc-bałwana zgarnęliby mnie po drodze na Jagodną. A tak powrót do schroniska na przełęczy w ich towarzystwie jest już lajcikiem. Zajmujemy dwa pokoje w schronisku. Jeden z nowo poznanych kolegów zadaje mi jako poloniście pytanie: jakich pisarzy polskich cenię najbardziej – rzucam po parę nazwisk i okazuje się, że jego największe emocje wzbudza Mackiewicz. Józef Mackiewicz…studia polonistyczne skończylem, ale na liście lektur go nie pamiętam. Polecił mi go dopiero trzy lata temu Tomek R. – serdeczny druh z ostrobramskiej pielgrzymki, z którym wdałem się w przypadkową w Sejnach rozmowę. A teraz tu Droga donikąd w schronisku na Jagodnej. Lecz nie dość zdziwień tego dnia. Bo okazuje się, że z domu chłopaków wygoniła ta sama książka, co mnie. John Eldredge znaczy. Z plecaków wyjmują książki – “sprane o duszy i woli”. I zaczynamy… ćwiczenia. Zdanie po zdaniu, punkt po punkcie omawiamy Dzikie Serce.  Ile siedzimy przy jednym stole – godzinę, dwie? Eldredge skłania do zrzucenia póz, codziennego rynsztunku społecznych łatek;  znam już imiona wszystkich: jest Piotr, Wojtek, Michał, Mateusz, są Witek, Marcin. A i ja nie jestem dla nich anonimowy. W tok rozważań nawet jeden z wierszy się wpasowuje.


koło schroniska Jagodna
 

Następnego dnia, sam już niestety, ruszam do Dusznik. Pożegnania, dłoni uściski. Cztery godziny duktami, szosami do Zieleńca, gdzie wyciągi, narciarze, infrastruktura, parkingi, swąd, grill. Przelatuję przez to wesołe zimowisko i ruszam w kierunku Orlicy. Czas jest dobry, może pierwszy raz stanę na tym szczycie zimą? Z początku droga wyjeżdżona przez narciarzy, jak po autostradzie maszeruję w górę. Ale po trzech kwadransach szlak zielony odbija w górę, w ścieżkę, której zimą nie ma. Zapadam się w śniegu, bezskutecznie szukając rozrzuconych w lesie znaków. A zatem kapitulacja… Nie będzie Orlicy. Schodzę. Lecz nartostrada biegnie dalej i stawia mnie przed czeską granicą. Pozor! Pozor! No, być tutaj i po czeskiej stronie nie stanąć? Wchodzę. I już jestem Ceskoj Repulice. Stamtąd wejście okazuje się łatwe. A potem schodzenie, pożegnanie śniegów, stukot pociągów, postój we Wrocławiu w ulubionym barze sączenie browara. I wraca do mnie pytanie jednego z chłopaków: Dlaczego Góry Bystrzyckie?

 

No właśnie. Przecież ani wysokie, ani znane, ani na tle innych miejsc specjalnie atrakcyjne. Skąd się tutaj wziąłem? Mniejsza o to. Ale za to jaka wspaniała Eldredge’a tropa, jaka opowieść… 

 

 


  • RSS