Bilet podróżnika otworzył przed nami całą Polskę, wysiedliśmy więc sobotnim rankiem w Krakowie i załapaliśmy się na PKS do Myślenic. Tym razem celem był Lubomir – najwyższa góra Beskidu Makowskiego. Niewielkie górki po nieprzespanej nocy dały się nam jednak nieco we znaki, zwłaszcza, że ich północne stoki są dość strome. Spadła na nas pełnia wiosny, świeżuteńka zieleń bukowych lasów, szliśmy
przez euforię kwietniowych barw. Z zimy pozostało kilka brudnych płatów śniegu pod spódnicami świerków, jedynie majestat Babiej Góry lśnił w oddali pokrywą śniegów. Długo nie mogliśmy się oderwać od szumu miasta, pierwszym wrażeniem jakie wynieśliśmy z Beskidu Makowskiego – to gęste zaludnienie tych gór. Na jednej z polanek zatrzymaliśmy się dłużej i patrzyliśmy na północ – szachownica pól poprzetykana czarnymi zagajnikami świerkowymi, upstrzona dachami maluteńkich domków wyglądała nierealnie – jak makieta. Na samym Lubomirze niespodzianka – można było wejść do obserwatorium astronomicznego.

makowski

makowski1


W niebo patrzy się w tych górach często i profesjonalnie. Obserwatoria widzieliśmy na Lubomirze i Chełmie. Praca tutaj wymaga nie tylko pasji, ale i chyba mocnej psyche (samotność). W piszczącej wielomiesięcznej ciszy niema obecność gwiazd staje sie bardziej namacalna. Pierwszy raz astronomowie zawitali tutaj w czasach przedwojennych. Potem, zabudowania zniszczyli, jakżeby inaczej, krzewiciele zachodniej cywilizacji, Niemcy, którzy kazali przed spaleniem budynków wynieść stamtąd teleskop made in Deutschland. Polskich astronomów nie rozstrzelali chyba przez roztargnienie. Przed wojną odkryto tu kilka nowych ciał niebieskich. Znana jest m.in.opowieść o niejakim Lisie, który pełnił tu rolę „astronogi”. Do najbliższej wsi idzie się stąd 2 godziny a obserwatorium znajduje się w środku lasu. Cały prowiant i wodę trzeba wnieść więc na własnych plecach. Właśnie taką rolę pełnił w placówce Lis – stąd zwano go „astronogą”. Przez przypadek wypatrzył gołym okiem kometę, niestety na drodze do światowej sławy i wiekopomności stanęła poczta w Kasinie i nieczynny telegraf. Następnego dnia, gdy Lis mógł zgłosić swoje odkrycie uczynił to wcześniej już jakiś Japończyk i to jego imieniem kometę ochrzczono. Swoją drogą to ciekawe, że ciała odległe o wiele lat świetlnych noszą imiona ludzi, których długość życia jest bardzo znikoma w stosunku do trwania gwiazd. Nieskończoność kosmosu opowiedziana jest tylko tam, gdzie docierają nazwy. Dalej już tylko bezimienne galatyki, mgławice i wszechświaty…
makowski2

makowski4


O tym jednak myśleliśmy w nocy patrząc w rozgwieżdżone niebo. Wcześniej raczyliśmy się pysznymi devolaiami w schronisku Kudłacze. Schronisko to jest przytulne i kameralne jak cały Beskid Makowski, w niczym nie przypomina wypełnionych turystyczną stonką molochów. Idealne miejsce by się przespać, posilić i zorganizować z przyjaciółmi ognisko. Rano ruszyliśmy dalej przez partyznackie polany, mijaliśmy frasobliwe kapliczki, wchodziliśmy na kolejne niewysokie wierzchołki, zagłebialiśmy się w Beskid Makowski, Beskid Kwietniowy… Na Chełmie zastaliśmy deptak i tłumy rowerzystów. Odbywały sie akurat jakieś zawody – zawodnicy po kolei w szaleńczym tempie zjeżdżali z pokrytego wykrotami zbocza. Wzbijając tumany kurzu, katując swoje rowery i nieraz zostawiając na trasie krew z rozbitych kolan i łokci, zawodnicy dążyli do mety. Zagrzewały ich okrzyki krewkich kibiców, które kazały po ciężkim upadku, wsiadać na powrót na siodełko (i nie ma, że boli!). Gnaliśmy jednak dalej, żeby zdążyć na busa. I to był już koniec naszej eskapady – 38 rekreacyjnych kilometrów w 2 dni. A „korona” coraz bliżej…