Nie tu są oczy
Nie ma tu oczu

W tej dolinie umierających gwiazd
W tej wydrążonej dolinie
Złamanej szczęce naszych utraconych królestw
W tym ostatnim miejscu spotkania
Na oślep szukamy
Neiufni i niemi
Na żwirach zgromadzeni nad opuchłą rzeką

(…)

I tak się właśnie kończy świat
Nie hukiem, ale skomleniem
 


(T.S.Eliot, Wydrążeni ludzie, tł. Czesław Miłosz)

Ishi – imię to znałem z czytanej wielokrotnie książki Miroslava Stingla Indianie bez tomahawków. Właściwie  wielokrotnie to czytałem jedynie rozdziały o indiańskich wojnach; szczególnie ten zatytułowany Sitting Bull i Apacze. Odtwarzałem rzeź 7 pułku kawalerii Custera pod Little Big Horn, przeżywałem raz jeszcze nieuchwytność Apaczów. Gdzieś na samym końcu panteonu indiańskich imion znajdował się Ishi – ostatni przedstawiciel plemienia Yahów, ostatni wolny Indianin Ameryki Północnej. Minęło dwadzieścia lat, kiedy imię Ishiego wróciło do mnie. Chciałem kiedyś dowiedzieć się czegoś więcej o tym samotnym wojowniku, który ukrywał się „w ostępach Kalifornii” przez czterdzieści lat. Dzisiaj „google” jest czymś zwyczajnym a nie science fiction, wpisujesz i masz. Tak trafiłem na książkę Theodory Kroeber Ishi, człowiek dwóch światów– w uniwersyteckiej bibliotece nie było jej w katalogu komputerowym, jedynie w starodawnych szufladkach. Znalazłem opowieść…

 

Niewielkie plemię Yahi zamieszkiwało Kalifornię. Wspaniali łowcy i wojownicy, dopóki mogli skutecznie opierali się ekspansji białych. Lecz cóż znaczy liczący kilkaset głów, nawet najbitniejszy lud wobec gorączki złota? Walczyli dzielnie. To była wojna niewidzialnych cieni, które nagle znikąd się pojawiały i tak samo nagle znikały. Około 1870 roku doszło do rzezi, po której wyniszczeni, nieliczni ocalali Yahi skryli się w górach, unikając jakiegokolwiek kontaktu z białym człowiekiem. Już wówczas było ich kilkoro – wśród nich chłopiec, którym okaże się później Ishi. „Ishi” nie jest jego prawdziwym imieniem – znaczy jedynie w języku Yahi „człowiek”.

 

W 1908 roku, po czterdziestu (!)  latach ukrywania się przy życiu pozostawał już jedynie Ishi z ciężko chorą matką, jego siostra oraz staruszek spoza rodziny. Mieszkali w małej osadzie skrytej na skalnej półce pośród drzew i zarośli. Wioska została wykryta przez przypadek – ekipa inżynierów dokonywała pomiarów pobliskiego kanionu - w okolicy planowano budowę tamy. Siostra Ishi i staruszek uciekają. Prawdopodobnie giną w nurcie rwącej rzeki. Biali znajdują sparaliżowaną matkę Ishi. Okradają obozowisko, ale Indiankę pozostawiają w wiosce. Ishiemu udaje się ją najbliższej nocy ukryć. Krótko potem następuje zapewne jej śmierć. Zaczyna się samotność najgorsza z samotności… Trwa prawie trzy lata. Kończy się świat opisany językiem Yahi, pozostaje skrawek ziemi, gdzie Ishi ukrywa się jak zwierzę, pozostają słowa, które rozbijają się o kamienie, pieśni, których już nikt nie wysłucha i wspomnienia, których nic nie zagoi. Jak długo  można to wytrzymać? 29 sierpnia 1911 roku Ishi decyduje się na samobójstwo – wychodzi z ukrycia i rusza w stronę osad białych, rusza w nieznane, bo przecież od tej strony, ze wszystkich stron  przychodziła wyłącznie śmierć. Cale życie spędził kryjąc się przed wiszącym na krawędziach jego maleńkiej ojczyzny wyrokiem. A teraz podąża w jego kierunku…