nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: kutabuk



Serdecznie zapraszam na koncert grupy Kutabuk, którą tworzymy z Jakubem Nogą i Jackiem Stromskim. Tego wieczoru jeszcze raz połączą się: egzotyczny dźwięk sitara, transowy rytm bębnów z melicznością moich wierszy. Poszczególne utwory wiążą się ze sobą tematycznie, przez co tworzą coś na kształt suity. Najważniejszy utwór w programie to opublikowany niedawno w „Arteriach” długodystansowy (dosłownie!) poemat Kutabuk, którego sceniczne wykonanie trwa ponad osiemnaście minut. Premierowy koncert odbył się 10 grudnia zeszłego roku w sopockim Młodym Byronie i został entuzjastycznie przyjęty przez publiczność. Pewnie nieprędko znów zagramy w Trójmieście, więc nie możecie tego przegapić!



środa, 16 lutego, g. 19



Bohema Jazz Club


81-342 Gdynia, Waszyngtona 21 (Centrum Gemini)


wstęp wolny


Arterie nr 8

W numerze 8 „Arterii” można m.in. znaleźć mój poemat Kutabuk.

Botev. Ostatni odcinek w kierunku najwyższej góry Balkanu wiódł przez odkryte połoniny. Potężna sylweta góry robiła imponujące wrażenie. Nie na darmo jej turecka nazwa brzmi „Jumrukczał”, co tłumaczy się jako „podobny do pięści”. Faktycznie wyglądała jak ogromna pięść śpiącego olbrzyma. Za niewielką „zasłoną Botev” pozostawało jeszcze nietrudne, choć dość strome podejście na szczyt. Kilkaset metrów niższy od Musały i Wihrena, Botev ma swoją mitologię. Klimat jest tu bardzo surowy, pogoda kapryśna. Wierzchołek przez trzysta dni w roku pozostaje we mgle. Mówi się, że kto trafi na dobrą pogodę na Botevie będzie miał powodzenie w interesach przez cały rok. I tym razem pogoda zmieniła się dwa-trzy razy. Gdy mijałem „zasłonę Botev” szczyt był całkowicie wolny od chmur, ale niespełna godzinę później widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów, później znów nieco się wypogodziło. Góra musiała przynosić zawód tym, którzy spodziewali się po niej dzikości. Można tu było wjechać samochodem i spotkać grupki niedzielnych turystów, którzy hałaśliwie ładowali się do budynku stacji meteorologicznej. Słychać było chrapliwy dźwięk motocykli. Ale gdy zapadała cisza, w oparach mgły mogło się wydawać, że znaleźliśmy się w jakiejś stacji arktycznej. Chwilę później – przywrócony do rzeczywistości promieniami sierpniowego słońca, zauważyłem porozwieszane na ścianach kartki z ostrzeżeniem przed żmijami. Żadnej żmii jednak nie uświadczyłem. Natomiast poczułem na kolanie nos wychudzonego psa. Wyglądał żałośnie, ale nie karmiłem go. Ruszyłby wtedy za mną i trudno byłoby się pozbyć jego kłopotliwego towarzystwa. Jeśli droga przez Bałkan, to było jak mówił Iwo, „grob, grob” to apogeum tego szlaku mogił nastąpiło na Botevie. Nagrobek młodego nauczyciela i kilkorga uczniów.
Październik, lata sześćdziesiąte. Co się mogło stać? Burza? Inny nagrobek: trójka wspinaczy z lat pięćdziesiątych. Surowy kamień z czekanem zamiast krzyża. Data styczniowa. Lawina? A może któryś z nich odpadł od ściany pociągając za sobą kolegów?

Schodziłem stąd dość szybko. Zorientowałem się parę minut potem, że przecież miał to być jeden z najbardziej eksponowanych momentów wyprawy a minął prawie niezauważenie. Przecież od dwóch-trzech dni myślałem o tym, czy uda się wejść na Botev. Odtąd szlak mógł wieść już tylko niżej… Zejście było proste, częściowo wiodło utwardzoną szosą i znów najbardziej dokuczały mi obolałe stopy. Był  to już trzynasty dzień podróży. Znów spotkałem grób, tym razem jakiegoś dziewiętnastowiecznego powstańca, osaczonego przez Turków. W chyży Taza byłem znów jedynym gościem. Gospodarze byli uprzejmi, mogłem zjeść dwa talerze zupy, ale nie wdawali się w dłuższe rozmowy. Oglądałem więc bułgarskie wiadomości, ale nic się nie działo. Środek sezonu ogórkowego. Brudna plaża gdzieś tam. Brak miejsc parkingowych „na moreta” i tak dalej. Wyglądało na to, że cała Bułgaria wyjechała nad morze a ci co zostali zaraz mieli wyjechać.

Co działo się następnego dnia w drodze do chyży Uzana? Znów zobaczyłem Cyganów wynajmujących się do roboty w górach. Oblepili wypchany samochód jak owady, siedzieli w otwartym bagażniku, na dachu, trzęsąc się na krzywej bitej górskiej drodze. Gdybym zrobił im zdjęcie, w kraju mógłbym szpanować, że trafiłem do jednego z najdzikszych miejsc Europy. Nasza literatura czeka na takie obrazki – z Rumunii, Mołdowy, Macedonii… Smętny bałkański jazz wypełnia ponure krajobrazy. Jeździmy się ekscytować bezpieczną dzikością, biedą większą niż nasza, czasem spóźniającym się o dwadzieścia-trzydzieści lat. Uciekamy w melancholię. Ale przecież nie będę ściemniał. Niedługo potem trafiłem do chyży Mazalat. Po rozpadających się schroniskach, prowadzonych przez przypadkowych ludzi ta chyża musiała zrobić wrażenie. Schludna do perfekcji, w promieniu kilku kilometrów idealnie oznaczone szlaki – tak jakbym trafił do bułgarskiej stolicy marszów na orientację. Odmalowane słupy zimowego szlaku, z informacją, co ile metrów są ustawione i jaki należy obrać azymut. Przecierałem oczy ze zdumienia. Dzień był słoneczny – na ławkach na zewnątrz wygrzewali się emeryci. Starsi ludzie w górach… Ich wysłużone buty, starannie zawinięte wełniane skarpety. Plecaki wyblakłe od lat i deszczy. Przychodzili z czarnobiałych zdjęć, wolnym, ale pewnym krokiem. Możliwe, że okoliczne ścieżki przemierzali od kilkudziesięciu lat. Coraz bardziej zmęczone serca mierzyły im czas.

Z Mazalat starym lasem bukowym zmierzałem w tereny bardziej cywilizowane. Dochodziły tu asfalty, ludzie budowali weekendowe domy. Ludzie na rowerach. Chyża Uzana leżała na rozległej polanie, gdzie zatrzymywały się autobusy. Całe piętro schroniska było wynajęte na obóz językowy. Wielonarodowa młodzież uczyła się angielskiego, wszędzie porozwieszane były angielskie napisy i hasła. Przyglądałem się tym młodym ludziom zunifikowanym w europolitycznej poprawności. Wędrowałem przez ten kraj, żeby szukać, uczyć się innego. Oni się ujednolicali. Narody? To tylko różne stroje i kolory twarzy w ramach jewropiejskiego sojuza. Również oni mi się przyglądali – słyszałem złośliwe komentarze. Bo przecież nie przyznawałem się do angielskiego i mówili w mojej obecności całkiem swobodnie. Teraz zdałem sobie sprawę z tego, dlaczego duże zachodnie nacje budziły moją niechęć. Ich języki, te „języki obce”, o których konieczności uczenia słyszałem od dzieciństwa -  angielski, niemiecki, francuski, hiszpański – to były języki narodów i kultur kolonialnych. Kiedy myśmy walczyli za wolność „naszą i waszą”, Murzyni pracowali na ich plantacjach. Tam, gdzie Polacy albo Bułgarzy przyjeżdżają na Zachód do pracy jak tania siła robocza, niewiele różnią się dla nich od przybyszów z trzeciego świata. Angielski, francuski, czy niemiecki dawały swoim etnicznym użytkownikom prawo do debilstwa, z którego wyżyn i tak patrzyło z góry na resztę świata. Odgrodziłem się od nich. Brudem, zarostem, smrodem potu, łamanym językiem. Chciałem czuć „rytm ziemi, pod ręką coś namacalnego” – jak pisze Eldredge. Nic nie wiedzieć o zegarach, terminach, zyskach i stratach. Spędzać czas tak, żeby mieć brudne paznokcie. Powoli wracałem do miasta. Tylko po to, żeby za kilka dni, tygodni, miesięcy, znowu uciec. Marzyć o życiu, które jest gdzie indziej.

KUTABUK

trójmiejska premiera poematu
koncert poetycko-muzyczny

Wystąpią:
Artur Nowaczewski (melorecytacja)
Jakub Noga (sitar)
Jacek Stromski (bębny)

Kutabuk – to rodzaj melancholii opisany w XVIII-wiecznej Wielkiej Encyklopedii Francuskiej
od imienia mitycznego zwierzęcia skaczącego na wszystkie strony po powierzchni wody.
Ludzie, których ona dotknęła, błądzą i chodzą bez wytchnienia.
Taki tytuł nosi nowy poemat Artura Nowaczewskiego – gdyńskiego poety i podróżnika.
Poemat o objętości ponad dwustu wersów powstał w jedną noc i ulegał później niewielkim
poprawkom. Autor opisał w nim swoje doświadczenia z pieszych wędrówek.
W poemacie tym jako tło posłużyły zarówno niedalekie Lasy Oliwskie, jak i bezdróża Europy.
Bohater tak jak mityczny kutabuk nie może się zatrzymać, to opis życia w pędzie,
w ruchu, „on the road”, szalony korowód nazw, postaci, przygód
a jednocześnie medytacyjna podróż w głąb siebie.
Jak wykonać tak długi utwór? Komplementarną częścią poematu stał się hinduski instrument
strunowy sitar, na którym gra gdyński poeta i muzyk, Jakub Noga. Dźwięki sitaru nie są jedynie
akompaniamentem do słów, ale nadają tempo i rytm „marszu” bohatera utworu.
Czasem tekst podąża śladem muzyki a czasem muzyka za poezją.
W Młodym Byronie będziemy mieli okazję wysłuchać trójmiejskiej premiery poematu.
Pierwszy raz z Nowaczewskim i Nogą wystąpi znakomity wybrzeżowy perkusista Jacek Stromski.

piątek,10 grudnia, godz. 20
Młody Byron.
Dworek Sierakowskich
ul. Czyżewskiego 12, 81-706 Sopot

Artur Nowaczewski,
poeta, krytyk literacki, podróżnik, pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego. Stały współpracownik „Toposu” i Magazynu Apokaliptycznego „44″. Wydał m.in. tomiki wierszy Commodore 64 i Elegia dla Iana Curtisa. Jego wiersze tłumaczono na język czeski i niemiecki.

Jakub Noga,
muzyk, poeta, prozaik. Współpracował z Przemkiem Dyakowskim, Jackiem Stromskim, DJ Romero, DJ Nasteem (Bernard Grey). Z Michałem Gosem (perkusja) Radovanem Jacuniakiem (bas) oraz Przemkiem Dyakowskim (sax) tworzy zespół muzyki improwizowanej „Śladami Gagarina”. Gra na hinduskim instrumencie strunowym sitar.

Jacek Stromski,
jeden z najbardziej znanych perkusistów trójmiejskich, w latach dziewięćdziesiatych grał w zespole Apteka. Współpracował także z Tymonem Tymańskim w zespołach: Miłość i Kury, a także z Mazzolem. Świetny improwizator, charakteryzujący się ogromnym wyczuciem i świadomością brzmienia.

Nowaczewski-Noga w Koronowie

Istnieje rodzaj melancholii, którą Arabowie nazywają kutabuk,
od imienia zwierzęcia, skaczącego na wszystkie strony po powierzchni wody.;
ludzie, których ona dotknęła, błądzą i chodzą bez wytchnienia –
czytamy w Encyklopedii Diderota i A’Alemberta.
W żadnych innych tekstach melancholicznych nie spotkałem się
z tą arabską nazwą ani z takim zwierzęciem.
Natomiast motyw nieustannego włóczenia się, nieprzerwanego marszu
powraca w nich często.
(
Marek Bieńczyk, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty.)

Nowy poemat Artura Nowaczewskiego łączy dwie pasje autora- wędrówki
piesze i poezję. To rodzaj medytacji w marszu – bohater Nowaczewskiego
wspomina wszystkie swoje wyprawy. Powstaje utwór, który łączy w sobie
spacery do niedalekich od Trójmiasta lasów oliwskich i marsze przez
bezdroża Europy. Podróż staje się wędrówką w głąb samego siebie.
Pierwsze spontaniczne wykonanie poematu miało miejsce w hotelu Joseph
Conrad w Piszu na Mazurach w kwietniu 2010 roku. To wówczas do
melorecytacji  Artura Nowaczewskiego po raz piewszy dołączyły niezwykłe
dźwięki sitara Jakuba Nogi. Kutabuk to poemat, w którym muzyka jest nie
tylko akompaniamentem do słów, ale nadaje im tempo i rytm. Raz to Jakub
Noga podąża za tekstem Nowaczewskiego, innym razem to poeta dostosowuje
się do sitara swojego kolegi.

Jakub Noga (ur. 1978 r.), muzyk, poeta, prozaik. Współzałożyciel projektu „Mockba3″, gdyńskiej grupy poetyckiej „AERONAUCI”,
łączącej awangardowe brzmienia z poezją. Współpracował z Przemkiem
Dyakowskim, Jackiem Stromskim, DJ Romero, DJ Nasteem (Bernard Grey),
gościł w „Chlupocie Mózgu”, współtworzył projekt „Funkorganick”. Z Michałem Gosem (perkusja) Radovanem Jacuniakiem (bas) oraz Przemkiem Dyakowskim (sax) tworzy zespół muzyki improwizowanej „Śladami Gagarina”. Gra na hinduskim instrumencie strunowym sitar. Mieszka w Gdyni.

Artur Nowaczewski (ur. 1978 r.), poeta, krytyk literacki, pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego. Od kilku lat współpracuje z sopockim „Toposem”, stały współpracownik Magazynu Apokaliptycznego „44″. Wydał tomiki wierszy Commodore 64 (2005) i Elegia dla Iana Curtisa (2010), książkę historycznoliteracką Trzy miasta, trzy pokolenia (2006), pod koniec roku ukaże się jego nowa książka pt. Szlifibruki i flaneurzy. Autor podróżniczego bloga
http://nowaczewski.blog.pl
. Jego wiersze tłumaczono na język czeski i niemiecki. Mieszka w Gdyni.

 
 
 


  • RSS