nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: nowaczewski


Wysiadając w Przemyślu pomyślałem: tu kończy się Polska.


W kantorze jakiś Cygan zamieniał drobną sumę na Euro a ja złotówki na hrywnie. Pozostawało wsiąść w ten dżdżysty dzień do busa do Medyki. Coś niesamowitego, metafizycznego zobaczyłem w tej drodze, która omijając posterunki Straży granicznej wprowadzała w głąb Ukrainy. Pierwszy raz na Ukrainie – w kraju-micie dzieciństwa, na dzikim-wschodzie-zachodzie. Kraj realny przecież nie przypomina baśni, którymi karmiła się dziecinna wyobraźnia, ale nazwy, same nazwy odsyłają w miejsca i czasy, których nigdy nie zobaczę. Szedłem szosą wzdłuż długiego sznura tirów do granicy skąd zawrócił mnie celnik. Przejście dla pieszych jest gdzie indziej, pokazał mi drogę. Chciałem przekroczyć granicę pieszo. Na własnych nogach to coś innego niż zwyczajnie przejechać autobusem lub koleją. Medyka nie zawiodła mnie -rojny wschód, mieszająca się przygraniczna ludność i jej słowiańskie języki splecione w miłosno-nienawistnym uścisku. Skazani na siebie swojo-obcy, zrozumiali i niepojęci. Mógłbym krążyć w tym tłumie żywiąc się jego pierwotną witalnością. Podsłuchiwać rozmowy, szukać korzeni, które wiodą na dwie strony granicy. Ustawiłem się w wężyku do przejścia. Opuściłem Polskę i stanąłem przed ukraińskimi celnikami. Dokąd jadę? Iwano-Frankiwsk, na dziesięć dni. Co tam będę robił? Będę uczył literatury. Jej oczy lustrują z uśmiechniętym zdziwieniem moją postać. Bo wyglądam raczej jak obszarpaniec szukający ekscytacji na bezdrożach Czarnohory niż pan adiunkt z uniwersytetu. Za granicą muszę się opędzać od miejscowych, którzy chcą mnie obłupić z pieniędzy – zawieżć samochodem do Lwowa. Parę kroków za granicą pierwszy test asertywności. Jak nie Lwów, to chociaż pół kilometra do postoju marszrutek. Nie – nie istnieje w ich słowniku. Dopiero po kilkudziesięciu metrach rezygnują, niech zgubi się tu Polaczek. Bo zmykając od nich postój przegapiłem i poszedłem kilometr w tą a potem w tamtą. Ale w końcu na tej pustej wiejskiej ulicy spotkałem miejscowego, który drogę wskazał. Przejazd marszrutką do Lwowa mija jakoś szybko. Kraj za oknem nie wygląda jak obcy, no może więcej cebulastych cerkwi, ale to i we wschodniej Polsce widać.


Chryste Panie Lwów! Poczułem się zagubiony. Dworzec wielki – do Iwano-Frankiwska pociąg jakoś w nocy dopiero. Pozostaje marszrutka, ale jak ją znaleźć? Na parkingu przed dworcem dziesiątki, co tam setki żółtych busów i busików. Dokąd? Do miejsc najróżniejszych – chyba cała zachodnia Ukraina… Żadnych rozkładów. Ludzie wsiadają, wysiadają. Busy podjeżdżają i zaraz ich nie ma. Jak się połapać? Pytam kobiety w średnim wieku, gdzie marszrutka do Iwano-Frankiwska, z jakiego stanowiska jedzie. Oni przecież się tu oreintować jakoś muszą. I już wiem – muszę iść do kasy, bo jest kasa – i za pół godziny z hakiem już z Lwowa odjeżdżam. Już wyjeżdżając mamy komplet pasażerów a na zakręcie wskakują następni i już stojących także mamy. A przed wyjazdem z parkingu wskakuje jeszcze grubas w skórze i sprzedaż prowadzi. Mówi szybko jak karabin – że możemy u niego kupić gazetę jakąś, jakiś miejscowy Fakt lub Skandale, bo droga daleka, za jedyne ułamki hrywni, a dla pań krzyżówka, dziesiątki krzyżówek, do wygrania jakieś cuda…. Patrzę na niego z niedowierzaniem, ale schodzą mu z przedramienia gazety i już babki na przednich siedzeniach pogrążone w krzyżówce. Zawodowiec. Wyjeżdżamy z miasta, ale już szarawo. Widzę przestrzeń. Ukraina to przestrzeń. Wzgórza – pagórkowatości, po których wspina się szosa. No pięknie by było, ale leje. Zasypiam przed tą ścianą deszczu wsłuchany w rytm starego silnika.


Budzę się w ciemności i spietrany – skąd ja wiem, jak długo do Iwano-Frankiwska ta marszrutka jedzie? A jak przegapię? Wysiądę w ukraińskiej dupie, w tej ulewie, w błocie? Rotacja pasażirow duża – nie możesz się przyzwyczaić, wciąż wsiadają nowi, inni znikają w ciemnościach wsi i miasteczek. Już ze czterdzieści osób jedzie z nami i ich toboły. Na szczęście wąsal koło mnie, koło sześćdziesiątki Ukrainiec jedzie też do Iwano-Frankiwska, powie kiedy mam wysiąść. Marszrutki pokochałem tego pierwszego dnia. Nie były to Boże broń, czerwone autobusy jak z obrazu Linkego – nikt nie nie chciał mnie pożreć. Wreszcie sąsiad trącił mnie łokciem – to już muszę wysiadać… Jest godzina 21 i ląduję po kostki w błocie. Leje i leje, miasto schowało się za zasłoną deszczu i co dalej?

Arterie nr 8

W numerze 8 „Arterii” można m.in. znaleźć mój poemat Kutabuk.

Szipka!

1 komentarz

Epizod, O Szipka!

Na przełęczy Szipka zdecydowałem zakończyć tegoroczny marsz przez Starą Płaninę. Trudno było wybrać miejsce bardziej efektowne na koniec wyprawy; do Morza Czarnego było jeszcze daleko i wiadomo było, że tego lata nie dam już rady tam dojść. Tak jak rok wcześniej naturalnie marsz przez Riłę i Pirin wieńczył pobyt z Misą i Tomikiem w Melniku, tak teraz – również chciałem oddać się zasłużonemu lenistwu w jakimś starym mieście. Przypomniała mi się rozmowa z Georgim w chyży Eho, z jakim zapałem mówił o Wielkim Tyrnowie. Na mapę nie potrzebowałem patrzeć – wiedziałem, że z przełęczy można dostać się autobusem w tamten rejon.

Góry były tutaj już dużo niższe. Szedłem leśnymi drogami, bez większych przewyższeń. Spotykało się pojedynczych ludzi, którzy w ten rejon wjechali samochodami i odbywali długie spacery. Wreszcie wyszedłem na dużą łąkę i moim oczom ukazała się Szipka. Widziałem już sylwetkę pomnika na wzgórzu. Dalej na szczycie góry widniało coś niezidentyfikowanego i kolosalnego – coś niby monstrualne UFO. Był to – jak dowiedziałem się potem -komunistyczny monument na Buzłudży. Znalazłem się w cieniu drzew, gdy dobiegły mnie… odgłosy wystrzałów. Polowanie? Poligon? Strzały nie tylko nie cichły, ale nasilały się. To już była cała kanonada! Zrozumiałem, że to rekonstrucja bitwy. Na przełęczy Szipka decydowały się losy wojny rosyjsko-tureckiej w 1877 roku. Główne uderzenie Turków miało miejsce 21 sierpnia – czyli teraz…Niezwykły i nieplanowany zbieg okoliczności. Zupełnie nie kalkując trafiłem po przeszło dwu tygodniach wędrówki właśnie na największą rekonstrukcję historyczną w Bułgarii….Gnałem więc, zapominając o zmęczeniu na złamanie karku, chcąc zobaczyć to widowisko. Gdy wypadłem na szosę trzeba było przejść jeszcze spory kawałek po kilkuset stopniach. Strzały powoli cichły, turecki atak został zapewne jak zwykle odparty. Wszędzie było pełno ludzi. Przełęcz zastawiona samochodami, tłumy schodziły powoli po stopniach, całe rodziny – od emerytów po małe dzieci, mnóstwo flag narodowych i patriotycznych t-shirtów….Bitwa już się skończyła, ale barwne wojska pozostały na pobojowisku. Kogo tam nie było! Zielone mundury armii carskiej, czarne bułgarskich formacji ochotniczych, niebiesko-czerwone kubraki Turków… Najbarwniejsi jednak byli bułgarscy hajducy – górale. Prym wiódł wśród nich pewien brzuchacz z imponującym pasem, za który zatknął sobie kilka starodawnych pistoletów i równie zmilitaryzowany prawosławny mnich – dziewiętnastowieczne wcielenie Gandalfa. Robiłem im zdjęcia a oni dumnie wypinali brzuchy i robili groźne miny. Wszyscy powoli zaczynali się rozchodzić – w większości spali w namiotach, które teraz trzeba było rozstawić na polu. Wyobrażałem sobie, że wieczorem spotkają się w grillowej atmosferze popijając rakiję – piechurzy tureccy z bułgarskimi hajdukami, carskie formacje z poddanymi sułtana. Historia z tej perspektywy wygląda jak barwna maskarada, piknik, gdzie różnorodność jest pożądana – byle barwna i efektowna. Z punktu widzenia polityki nie wyglądało to już tak sielsko. Czy na imprezie byli rządowi oficjele? Na pewno natomiast widziałem na obrzeżach tłumu grupki młodych nacjonalistów. Słyszałem też, że wiele osób mówi po rosyjsku. Znowu moja samotność i duży plecak prowokowały do pytań. W ten sposób wdałem się w rozmowę z Siergiejem, pracownikiem rosyjskiej ambasady. Siergiej przyjechał tu na jeden dzień z Sofii z delegacją. Rozmowa z nim po rosyjsku sprawiała mi przyjemność. Więcej mogłem powiedzieć w tym języku niż swoją kiepską bułgarszczyzną. Zdążyłem opowiedzieć Siergiejowi marszrutę swojej wyprawy a nawet wspomniałem sowiecką szkołę w Korei i swojego nauczyciela od rosyjskiego, nomen omen – Siergieja Iwanowicza. Niestety na Siergieja wołali już koledzy, ambasadzka fura stała już na włączonym silniku. Uścisnął mi serdecznie rękę i znów byłem sam.

Postanowiłem obejrzeć całe pole bitwy. Wszedłem na szczyt pomnika-mauzoleum skąd roztaczał się imponujący widok na okolicę. W kiosku z pamiątkami zakupiłem za drobne sotinki publikacje o Szipce po rosyjsku, jeszcze z czasów Sojuza. Każdą z nich otwierały fragmenty płomiennych przemówień Teodora Żiwkowa. O przyjaźni bułgarsko-sowieckiej, o symbolu tej przyjaźni, którym na wieki wieków jest Szipka. Jak radzono sobie z tym – że przecież to nie bolszewicy, ale armia carska oswobodzała Bułgarię? Polityka historyczna jest elastyczna. Ani tego faktu nie tuszowano, ani przesadnie nie eksponowano. W Bułgarii nawet car Aleksander stojący na jednym z centralnych placów Sofii mógł służyć bułgarsko-sowieckiej. Nosił przecież oksymoroniczne miano cara-oswoboditiela. Oksymoroniczne było wszędzie, ale nie tu – więc car przetrwał komunę. Przetrwały też cmentarze bohaterów Szipki, kartkowałem broszurę poświęconą okolicznym mogiłom. Po wyjściu z mauzoleum podreptałem na Orlovo Gnezdo – grupę wapiennych skał, która stanowiła kluczowy punkt w systemie obronnym. To tu rozgrywały się najdramatyczniejsze i uwiecznione w obrazach i filmach sceny. Poniżej na pozycjach stały uśpione działa na zawsze już wymierzone w stronę nacierających Turków. Potężny masyw Bałkanu przedzielał kraj na połowę. Rosjanie wylądowawszy na południowym brzegu Dunaju szybko opanowali północną Bułgarię, odcinając Turków w czworoboku twierdz w dolnym biegu rzeki i armię Osmana Paszy w Plewen. Powodzenie kampanii zależało od tego, kto utrzyma przełęcze Starej Płaniny – Turcy szybko ściągali posiłki z południa. Rosjanie wspierani przez ochotnicze oddziały bułgarskie musieli utrzymać przełęcz. Jeśli wojskom tureckim nie udałoby się przebić przez góry los izolowanych armii na północy był przesądzony. Główne uderzenie Turcy skierowali więc właśnie na Szipkę. Atakowali z wściekłością i determinacją, nie licząc się ze stratami. Szczupłe siły obrońców musiały wytrzymać kilka dni aż nadejdzie pomoc. Jedna chwila załamania mogła ich drogo kosztować. Łatwo sobie wyobrazić jak wielkie znaczenie ma dla Bułgarów Szipka…Rozmawiając z nimi na temat bitwy zauważyłem, że postrzegają ją w innych proporcjach. Bardzo protestowali, gdy mówiłem, że Rosjanie przy pomocy Bułgarów pokonali tu armię turecką. Rzecz jasna – według nich – Rosjanie oczywiście pomogli, ale bitwę wygrali Bułgarzy. Uśmiechałem się wtedy pod nosem – przypominając sobie bułgarskiego hajduka, uzbrojonego w tuzin pukawek. Zapewne to ten bałkański niedźwiedź, Iwan Borimeczka z powieści Iwana Wazowa zaważył na losach batalii. Nie było sensu się spierać, bo i o co? Narody, zwłaszcza te, które zaznały niewoli mają prawo do snów.

Czas było opuszczać Szipkę. Jak się okazało większość autokarów były to okazjonalne przewozy a o regularne połączenie było trudniej. Rozkład zerwany. Musiałem polegać na tym, co powiedziała mi nieco opryskliwa klozet-babcia. Autobus po południu miał być, ale nie wiadomo na pewno kiedy. Następne trzy godziny koczowałem przy drodze. Nie pomyślałem, żeby łapać stopa, w końcu autobus miał być zaraz… Dwóch malowniczych autostopowiczów nie miało takich dylematów. Chyba byli to Amerykanie. Jeden z nich wytatuowany Jack Sparrow w czerwonej chuście nabazgrał flamastrem napis Gabrovo i dziko wymachiwał nim przed maskami przejeżdżających samochodów. Towarzyszył mu nieco mniej ekstrawertyczny Indianiec. Nim się obejrzałem, już ich nie było.
 

(TUTAJ URYWA SIĘ MOJA OPOWIEŚĆ O WYPRAWIE PRZEZ BUŁGARIĘ. TAK TO CZASEM BYWA, ŻE COŚ Z POCZĄTKU TRAKTUJEMY JAKO MARGINALNE PÓŹNIEJ MOŻE STAĆ SIĘ WAŻNIEJSZE NIŻ SIĘ NAM WYDAJE. TAK SIĘ STAŁO Z MOIMI PODRÓŻNICZYMI ZAPISKAMI. JUŻ NIEDŁUGO CZĘŚĆ Z NICH ZOBACZYCIE W DRUKU NA ŁAMACH CZASOPISM. TYMCZASEM ZAPOWIADAM RELACJĘ Z UKRAINY, KTÓRĄ ODWIEDZIŁEM WE WRZEŚNIU 2010 ROKU).

Botev. Ostatni odcinek w kierunku najwyższej góry Balkanu wiódł przez odkryte połoniny. Potężna sylweta góry robiła imponujące wrażenie. Nie na darmo jej turecka nazwa brzmi „Jumrukczał”, co tłumaczy się jako „podobny do pięści”. Faktycznie wyglądała jak ogromna pięść śpiącego olbrzyma. Za niewielką „zasłoną Botev” pozostawało jeszcze nietrudne, choć dość strome podejście na szczyt. Kilkaset metrów niższy od Musały i Wihrena, Botev ma swoją mitologię. Klimat jest tu bardzo surowy, pogoda kapryśna. Wierzchołek przez trzysta dni w roku pozostaje we mgle. Mówi się, że kto trafi na dobrą pogodę na Botevie będzie miał powodzenie w interesach przez cały rok. I tym razem pogoda zmieniła się dwa-trzy razy. Gdy mijałem „zasłonę Botev” szczyt był całkowicie wolny od chmur, ale niespełna godzinę później widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów, później znów nieco się wypogodziło. Góra musiała przynosić zawód tym, którzy spodziewali się po niej dzikości. Można tu było wjechać samochodem i spotkać grupki niedzielnych turystów, którzy hałaśliwie ładowali się do budynku stacji meteorologicznej. Słychać było chrapliwy dźwięk motocykli. Ale gdy zapadała cisza, w oparach mgły mogło się wydawać, że znaleźliśmy się w jakiejś stacji arktycznej. Chwilę później – przywrócony do rzeczywistości promieniami sierpniowego słońca, zauważyłem porozwieszane na ścianach kartki z ostrzeżeniem przed żmijami. Żadnej żmii jednak nie uświadczyłem. Natomiast poczułem na kolanie nos wychudzonego psa. Wyglądał żałośnie, ale nie karmiłem go. Ruszyłby wtedy za mną i trudno byłoby się pozbyć jego kłopotliwego towarzystwa. Jeśli droga przez Bałkan, to było jak mówił Iwo, „grob, grob” to apogeum tego szlaku mogił nastąpiło na Botevie. Nagrobek młodego nauczyciela i kilkorga uczniów.
Październik, lata sześćdziesiąte. Co się mogło stać? Burza? Inny nagrobek: trójka wspinaczy z lat pięćdziesiątych. Surowy kamień z czekanem zamiast krzyża. Data styczniowa. Lawina? A może któryś z nich odpadł od ściany pociągając za sobą kolegów?

Schodziłem stąd dość szybko. Zorientowałem się parę minut potem, że przecież miał to być jeden z najbardziej eksponowanych momentów wyprawy a minął prawie niezauważenie. Przecież od dwóch-trzech dni myślałem o tym, czy uda się wejść na Botev. Odtąd szlak mógł wieść już tylko niżej… Zejście było proste, częściowo wiodło utwardzoną szosą i znów najbardziej dokuczały mi obolałe stopy. Był  to już trzynasty dzień podróży. Znów spotkałem grób, tym razem jakiegoś dziewiętnastowiecznego powstańca, osaczonego przez Turków. W chyży Taza byłem znów jedynym gościem. Gospodarze byli uprzejmi, mogłem zjeść dwa talerze zupy, ale nie wdawali się w dłuższe rozmowy. Oglądałem więc bułgarskie wiadomości, ale nic się nie działo. Środek sezonu ogórkowego. Brudna plaża gdzieś tam. Brak miejsc parkingowych „na moreta” i tak dalej. Wyglądało na to, że cała Bułgaria wyjechała nad morze a ci co zostali zaraz mieli wyjechać.

Co działo się następnego dnia w drodze do chyży Uzana? Znów zobaczyłem Cyganów wynajmujących się do roboty w górach. Oblepili wypchany samochód jak owady, siedzieli w otwartym bagażniku, na dachu, trzęsąc się na krzywej bitej górskiej drodze. Gdybym zrobił im zdjęcie, w kraju mógłbym szpanować, że trafiłem do jednego z najdzikszych miejsc Europy. Nasza literatura czeka na takie obrazki – z Rumunii, Mołdowy, Macedonii… Smętny bałkański jazz wypełnia ponure krajobrazy. Jeździmy się ekscytować bezpieczną dzikością, biedą większą niż nasza, czasem spóźniającym się o dwadzieścia-trzydzieści lat. Uciekamy w melancholię. Ale przecież nie będę ściemniał. Niedługo potem trafiłem do chyży Mazalat. Po rozpadających się schroniskach, prowadzonych przez przypadkowych ludzi ta chyża musiała zrobić wrażenie. Schludna do perfekcji, w promieniu kilku kilometrów idealnie oznaczone szlaki – tak jakbym trafił do bułgarskiej stolicy marszów na orientację. Odmalowane słupy zimowego szlaku, z informacją, co ile metrów są ustawione i jaki należy obrać azymut. Przecierałem oczy ze zdumienia. Dzień był słoneczny – na ławkach na zewnątrz wygrzewali się emeryci. Starsi ludzie w górach… Ich wysłużone buty, starannie zawinięte wełniane skarpety. Plecaki wyblakłe od lat i deszczy. Przychodzili z czarnobiałych zdjęć, wolnym, ale pewnym krokiem. Możliwe, że okoliczne ścieżki przemierzali od kilkudziesięciu lat. Coraz bardziej zmęczone serca mierzyły im czas.

Z Mazalat starym lasem bukowym zmierzałem w tereny bardziej cywilizowane. Dochodziły tu asfalty, ludzie budowali weekendowe domy. Ludzie na rowerach. Chyża Uzana leżała na rozległej polanie, gdzie zatrzymywały się autobusy. Całe piętro schroniska było wynajęte na obóz językowy. Wielonarodowa młodzież uczyła się angielskiego, wszędzie porozwieszane były angielskie napisy i hasła. Przyglądałem się tym młodym ludziom zunifikowanym w europolitycznej poprawności. Wędrowałem przez ten kraj, żeby szukać, uczyć się innego. Oni się ujednolicali. Narody? To tylko różne stroje i kolory twarzy w ramach jewropiejskiego sojuza. Również oni mi się przyglądali – słyszałem złośliwe komentarze. Bo przecież nie przyznawałem się do angielskiego i mówili w mojej obecności całkiem swobodnie. Teraz zdałem sobie sprawę z tego, dlaczego duże zachodnie nacje budziły moją niechęć. Ich języki, te „języki obce”, o których konieczności uczenia słyszałem od dzieciństwa -  angielski, niemiecki, francuski, hiszpański – to były języki narodów i kultur kolonialnych. Kiedy myśmy walczyli za wolność „naszą i waszą”, Murzyni pracowali na ich plantacjach. Tam, gdzie Polacy albo Bułgarzy przyjeżdżają na Zachód do pracy jak tania siła robocza, niewiele różnią się dla nich od przybyszów z trzeciego świata. Angielski, francuski, czy niemiecki dawały swoim etnicznym użytkownikom prawo do debilstwa, z którego wyżyn i tak patrzyło z góry na resztę świata. Odgrodziłem się od nich. Brudem, zarostem, smrodem potu, łamanym językiem. Chciałem czuć „rytm ziemi, pod ręką coś namacalnego” – jak pisze Eldredge. Nic nie wiedzieć o zegarach, terminach, zyskach i stratach. Spędzać czas tak, żeby mieć brudne paznokcie. Powoli wracałem do miasta. Tylko po to, żeby za kilka dni, tygodni, miesięcy, znowu uciec. Marzyć o życiu, które jest gdzie indziej.

I znów szedłem odkrytym, trawiastym grzbietem, połonina za połoniną, wierzchołek, za wierzchołkiem. Ścieżka trawersowała zbocza, słupy oznaczające zimowy przebieg szlaku pięły się po grzebieniach grani. Góry znów były coraz wyższe, 1800, 1900 metrów, wreszcie sięgnęły dwóch tysięcy, trawa ustąpiła skałom. Pod Vrch Pascal rozbiłem namiot. Tryb zero-jedynkowy, zachodnio-wschodni, zachód, wschód, zachód, wschód, ciągle na wschód…Byłem zmordowany i głodny. I samotny. Samotność w górach trwająca dwa-trzy dni jest nawet pożądana. Wydłużająca się na ponad tydzień staje się uciążliwa. Zdałem sobie sprawę, że na przesuwające się widoki, na północy i południu, jestem coraz bardziej zobojętniały. W dzień nie było czasu się nimi cieszyć. Wieczorem stawałem wobec wielkiej ciszy. Nie napiszę, że „majestatycznej”. Jak łatwo to, co piszę zamienia się w klisze, jak banalnie język przylega do krajobrazów. Jak cyfrowe zdjęcia – daje obraz w dobrej rozdzielczości, ale jak bardzo niepełny. Myślałem o ludziach, którzy przemierzali Starą Płaninę w przeszłości. Podczas tej wyprawy nieraz natrafiałem na ich ślady. Tablice upamiętniające czetników walczących z Turkami. Grupy partyzantów przenikały tu zza Dunaju i posuwały się wzdłuż pasma. Musieli przetrwać w tych górach, żyć właściwie z tego, co udało im się upolować, bo nie mogli zbyt wiele zapasów wziąć na swoje plecy. Żywność od pasterzy chyba można było kupić, ale czy każdy pasterz sprzyjał im? Może groziła im zdrada? Czy umiem wypowiedzieć akurat te góry? To jedno, jedyne miejsce zwane raz Starą Płaniną, raz Bałkanem a raz Hajmonem?

Prawdopodobnie język, którym mówiły te sześcio-siedmioosobowe grupy Polaków wspomniane przez Iwo, nawet nie muskał Bałkanu. Ześlizgiwał się po turystycznych banałach, konsumował krajobraz, pędził z gór, w góry. Czepiał się turystycznego sprzętu, wysokości, technicznych trudności. Polszczyzna pozostawała sobą przy rozpalanych tu ogniskach, zamykała się na historiach przywiezionych z domu i kolejnych wypraw. Tak podróżować nie chciałem. Zapominałem swojego języka, w samotności oddychałem bułgarszczyzną i powoli otwierał się dla mnie świat Bułgarów. Nie szeroko, na oścież. Pozostawał uchylony, ale już nabierał różnych odcieni…

Jeżeli wybierasz się w podróż, niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem

Z Vrchu Pascal ruszyłem w kierunku nieczynnej chyży Planinski Izvori. Stała na rozległej połoninie, dostrzegłem tutaj, prawie nieobecną w innych miejsach, kosodrzewinę. Przy źródełku widać było ślady turystów. Jakiejś swołoczy, która pozostawiła pordzewiałe puszki, pety, ślady ogniska. Konie pasły się na połoninie. Gnałem dalej na wschód…
Teraz  jeden po drugim następowały trawiaste wierzchołki. W głębi zobaczyłem potężny masyw Veżen. Rozległy płaski wierzchołek tej góry wyrastał ponad wszystko dookoła. Wysokość prawie 2200 metrów, to był jeden z najwyższych szczytów w Bałkanie. Zanim jednak tam doszedłem, droga była długa i żmudna. Był 15 sierpnia – Święto Wojska Polskiego – dla kurażu śpiewałem polskie pieśni wojskowe. Nikogo nie spotkałem od rana. Żadnego turysty. Przed wejściem na Veżen trzeba było pokonać skałki spiętrzone przed grzbietem. Wreszcie, wieczorem wyszedłem na rozległą połoninę na wierzchołku. Nie wiem, czy widziałem w życiu tak rozległą połoninę. Poczułem się jak „w stepie szerokim”. Ruszyłem w stronę słupa, który oznaczał szczyt góry. Nieco w dole pasło się wielkie stado owiec. Usłyszałem szczek psów. Psy już nieraz dawały mi się tu we znaki, ale szczęśliwie udało się je omijać. Teraz nie było szans. Błyskawicznie oderwały się od stada i pędziły w moim kierunku.Pięć pasterskich owczarków opadło mnie ze wszystkich stron, wściekle ujadając.
-”Paszli won” – krzyczałem rozpaczliwie, opędzając się terkingowymi kijami i starając schować się za niewielką wyniosłość terenu. W końcu daly spokój, uszedłem cało.
Schowany z drugiej strony góry robiłem zdjęcia.
Nagle zobaczyłem, że zbliża się do mnie człowiek. Domyśliłem się, że jest pasterzem – podpierał się długim pasterskim kijem, na bose stopy miał założone gumowe buty. Całości dopełniały – dżinsowa koszula i czapeczka z daszkiem opatrzona logo Hondy. Nie pamiętam dziś dokładnie jego twarzy, chyba jednak była nieco zarośnięta.
-Słyszałem, że masz problem z psami – odezwał się bułgarski juhas.
-Błagodaria! – odpowiedziałem – miałem problem, ale już wszystko w porządku.
-Pokażę ci, jak postępować z psami. Kiedy cię zaatakują nie możesz wykonywać gwałtownych ruchów – unaoczniał te gwałtowne ruchy zamaszystymi ruchami swojego kija -Tak źle. Na psy jest jeden sposób. Pies nie ukąsi kucającego. Więc gdy zaatakują cię psy, musisz przysiąść – bułgarski góral przysiadł podpierając się z przodu kijem. Kucnąć, nie ruszać się i wołać owczarza. Psy wtedy ci nic nie zrobią.
-Dziękuję za radę
-Skąd przyjechałeś?
-Od Polsza sem.
-Słyszę, że znasz rosyjski?
Skinąłem głową.
-Ja też. Ale nie lubię Rosjan. Niektórzy Bułgarzy mówią, że Rosjanie „bracia”, ale to nieprawda. Rosjanie przywieźli tu komunizm a w górach nigdy nie było komunizmu.
-Ale od Turków was wyzwolili? Tu przecież w Bałkanie była ta bitwa pod Szibką. Tam właśnie idę.
-Wyzwolili i nie wyzwolili… Rozumiesz: dominat. Ale My wszyscy Słowianie. Rozumiesz bułgarski?
-Bołgarski razbiraja, gawariu na ruski…Jak znam polski i rosyjski, to z bułgarskim łatwiej. Trochę się już nauczyłem.
-W bułgarskim są takie słowa, jakich nie ma w żadnym innym słowiańskim języku. Na przykład „kucze” – to znaczy pies. To słowo z języka Hunów. Słyszałeś o Attyli?
Skinąłem głową.
-Dokąd idziesz?
Opowiedziałem o tym skąd wyruszyłem i dokąd zmierzam.
-I sam? – upewnił się.
-Sam. Myślałem, że kogoś spotkam, ale w górach „małko turistow”
-Samemu niedobrze. Nie wiadomo, co może się stać. Skręcisz nogę na prostej drodze. Albo żmija cię ukąsi…
-Są tu żmije?
-Pewnie, że tak. Zobacz! – wyciągnął kija wskazując miejsce jakieś półtora metra od ścieżki.
-Tu na przykład młoda żmija…
Na pierwszy rzut oka nic nie zauważyłem.
-To twoje stado?
-Tak.
-Duże?
-Trzysta sztuk.
-Można z tego żyć?
Nie zrozumiał w pierwszej chwili.
-Czy można się z tego utrzymać? Jak żyje się owczarzom w Bułgarii?
-A.. nie jestem ani bogaty, ani biedny… Mam kysztę, auto. Sprzedaję mleko i wełnę. Rozumiesz? Ani bogaty, ani biedny. W sam raz. Jak ci na imię?
-Artur.
-Krasimir.
Uścisnęliśmy sobie dłonie.
-Zimą mieszkam w swojej kyszcie. – ciągnął Krasimir -Od maja do października mieszkam w górach, w krytym wozie. Z psami.
-Psy chronią stado przed wilkami? Wołczi tu są?
-Są.
-A niedźwiedzie?
-Też.
-No. Tą drogą, wzdłuż słupów trafisz do chyży. Lek put!
-Lek put!
Krasimir zawrócił w stronę swojego stada a ja wędrowałem ścieżką w stronę schroniska Weżen.

Wydawało się, że nic złego mnie już tego dnia nie spotka. Jakim więc zaskokiem była dla mnie droga do schroniska! Schodziła niemal pionowo w dół, ubezpieczona była łańcuchami. Gdyby nie ciężki plecak nie sprawiłaby mi większej trudności, nie bałem się takich stromizn. Byłem przecież w Alpach, Pirenejach, na Orlej Perci…Ale teraz z ciężkim plecakiem i wyczerpany kilkudniowym marszem byłem prawie wobec niej bezradny. Posuwałem się bardzo powoli a zejśćie, które miało trwać pół godzinki zamieniło się w koszmar. Głód, zmęczenie, lęk przed spadnięciem skumulowały się w jednej chwili.
Boże, jeśli tak w następnych dniach będzie wyglądać droga, to się poddaję! – pomyślałem.
Kryzys przychodzi znienacka. Jeszcze przed chwilą rozmawiając z Krasimirem święcie wierzyłem w powodzenie swojej wyprawy. Teraz kompletnie w nią zwątpiłem. Od samego początku swojej wędrówki przez Starą Płaninę natrafiałem na nieprzewidziane trudności. Czy porwałem się na coś, co przekracza moje siły?
Trzeba powiedzieć stop. Umieć się wycofać. Nie jestem przecież szaleńcem…
Wreszcie doszedłem do ciemnej linii lasu. W lesie zmrok najpierw zapada blisko ziemi, w cieniu wielkich świerków, potem stopniowo zamazuje coraz wyższe kontury lasu. Już dawno minęła dwudziesta, kiedy zobaczyłem chyżę Weżen. Kolosalny budynek. Ale kompletnie pusty, jak się zorientowałem po braku świateł w oknach. Czy i ta chyża jest zamknięta?
Na szczęście w pustej jadalni przy jednym stoliku siedzieli właściciele i dwójka gości. Właściciele chyży przywitali mnie ciepło.
Wylądowała przede mną zupa, wielki talerz szopskiej, kiufteta…
Wystarczyło napełnić żołądek, żeby odzyskać stracone morale.
Gdy się najadłem, szefowa zaprowadziła mnie do pokoju. Spytała, czy mam latarkę.
-Mam, a czemu pani pyta?
-Bo w schronisku nie ma światła.
Po prostu super. Jeszcze jeden „suprize”. Zasnąłem natychmiast.

Założyłem polar i ruszyłem w stronę psa….

Cokolwiek się stanie, muszę odzyskać plecak… Widząc że się zbliżam owczarek flegmatycznym krokiem udał się do budy. Miałem więcej szczęścia niż rozumu. Gdyby pies okazał się agresywny, czekałyby mnie sądne godziny… Chwyciłem plecak i czym prędzej stamtąd spierdalałem. Tak, w sposób wulgarnie jednoznaczny spierdalałem. Uciekać – byłby to eufemizm. Znalazłem się znów przy cygańskich wozach, gotowy iść dalej – byle dalej od przeklętej chyży Murgasz. Wtedy usłyszałem rzężenie silnika. To gazik, wojskowy gazik z płanincami w środku wspinał się na przełęcz. Zatrzymał się na moment przy szczeniakach. Wysiadł z niego śniady Bułgar, wyjął telefon komórkowy i z kimś rozmawiał. Zapewne właściciel psów polecił mu po drodze przyjrzeć się pozostawionemu w górach dobytkowi. Drugi z pasażerów, siwy, siedział na przednim siedzeniu. Śniady wsiadł znów za kierownicę, trzasnął drzwiami, miał zamiar jechać…

Nie zastanawiałem się długo. Mimo ciężkiego plecaka i masakrycznego zmęczenia podbiegłem do gazika niemal rzucając się na maskę.
-Dobry ludi! Tri dni sam v planina. No food! Glodny i umiereny! Mozna z wami?
Śniady skinął głową.
-Siadaj!
Wrzuciłem plecak i wskoczyłem do wozu. Silnik gazika zarzęził, szarpnął i ruszył.
-Dokąd wy jedite?
-W selo – odpowiedział kierowca krótko.
Znaczy „do wsi” mało precyzyjne. Ale tam z pewnością jest jedzenie. Może ktoś mnie przenocuje. I już jawiła mi się wizja jak siedzę w jakimś bułgarskim domu i opowiadam o swoich przygodach a wszyscy po bułgarsku kręcą głowami. Nie, nie to znaczy tak, tak: co za lekkomyślny wariacki Polak, co za dziwo.
Droga była straszliwie dziurawa, w gaziku trząsło straszliwie, teraz wiedziałem dlaczego dach jest brezentowy. Raz po raz odrywałem się dupą od siedzenia i szybowałem dwadzieścia centymetrów w górę uderzając głową w dach. Śniady prowadził szaleńczo. Dobrze, że żołądek miałem pusty, inaczej zhaftowałbym się chyba na podłogę… Byłem szczęśliwy i przerażony.
Masakryczna jazda ruskim gazikiem przez bezdroża Starej Płaniny…
Miałem zacząć swoją gadkę z noszczuwką, przedstawić w dramatyczny sposób swoją sytuację i prosić swoich zbawców o radę, ale siwy uprzedził to wszystko. Gdy tylko dojechaliśmy do miejscowości powiedział, żebym śpieszył się, bo autobus do Sofii właśnie odjeżdża. Nie było już czasu wylewnie dziękować, chwyciłem plecak i pobiegłem. Kierowca patrzył na mnie jak na wariata, bo wyglądałem nieszczególnie. Zlepione włosy, trzydniowy pot, siedmiodniowy zarost, fatalny bułgarski, w którym to języku spytałem się, w jakiej właściwie wsi jesteśmy i ile kosztuje bilet do Sofia.

Buhovo. Miejscowość nazywało się Buhovo. I leżała niecałe 40 km od centrum…Autobus należał do sofijskich linii miejskich. Zapłaciłem za niego jeden lewa. Teraz zdałem sobie ze śmieszności sytuacji. Idąc cały tydzień grzbietem pasma zapomniałem, że znajduję się wciąż niedaleko od stolicy…Ze swoim rejtanowskim rzutem na maskę gazika i „no food” mógłbym przypominać jakiegoś Angola, który w Polsce zgubił się na przykład w Kampinosie…

Mniejsza o to. Następnego dnia dałem sobie luz. Łaziłem po Sofii, spotkałem się z Jordanem i opowiadałem o swoich przygodach, głodny kontaktu z ludźmi. Idąc na stację poznałem przypadkowo bułgarskiego maszynistę, z którym uciąłem sobie miłą pogawędkę po rosyjsko-bułgarsku. On poradził mi, że na powrót w Starą Płaninę dotrę putniczeskim vlakiem, który wlecze się u południowego podnóża gór. Dzień potem w południe stałem już na stacji Bunovo żądny nowych przygód. Nażarty i napity, znowu hardy i nieuleczalnie chory na góry ruszyłem w stronę chyży Czawdar.

Utwardzoną drogą wijącą się wzdłuż głębokiego wąwozu schodziłem w kierunku przełomu Iskyru. Najstarsza nazwa tych gór brzmi Hajmon – „dział wodny”, „granica”. Tylko Iskyr ją przekracza…Oglądałem więc ściany tego Hajmonu: wysokie na kilkaset metrów skały, które przypominały mi dziecinne wyobrażenia na temat Gór Skalistych i wielkiego kanionu Kolorado. Skwar bił z niebieściutkiego nieba, odbijał się od piaskowców i wapieni. Wreszcie po czternastu kilometrach marszu zobaczyłem Lakatnik. Miasteczko wciśnięte w kanion, ulice wiły się u podnoża wzgórz. Miało się wrażenie, że wyrasta wprost ze skał. Nad rzeką przechodził wiszący most, skad schodki prowadziły na Gara Lakatnik (Lakatnik dworzec). Jechałem tędy zmierzając do Berkovicy. Na moich oczach zatrzymał się tu putniczeskij vlak i wysypali się z niego ludzie. Starsze babiny krok po kroku pokonywały schody nad rzekę. Upał był niemiłosierny i obciążony trzydziestokilometrowym plecakiem oddychałem ciężko.  Oczywiście w labiryncie uliczek przyjazne czerwone znaki zaraz się zagubiły. W jednym miejscu szlak przechodził przez czyjeś podwórko, gdzie widniał napis „złe kucze”. Kucze -znaczyło jak się domyśliłem „psy”. Łukiem wyminąłem psie podwórze, przeciąłem łączkę, gdzie pasł się jakiś refleksyjny kłapouch i zmierzałem w kierunku wieczoru. Wiedziałem, że nie będę nocował w chyży Trstena, gdzie jak mówił Atanas, wszystkie miejsca zajęli sezonowi robotnicy z pobliskich ferm.

 Dwie, może trzy „banice”, dwie butelki wody, pięć wafli, pół paczki herbatników. Oto cała żywność, którą wziąłem ze sobą. Jeść miałem przecież w schroniskach. Gdy przechodziłem przez plantację czegoś tam, pozdrawiali mnie pracujący na niej cyganie. Kawałek za schroniskiem Trstena budował się jakiś monstrualnie wielki kompleks o nieznanym mi przeznaczeniu za pieniądze Unii. Ludność Bułgarii zmniejszyła się o prawie dwa miliony w ostatnich dwudziestu latach. Dlatego stara infrastruktura z czasów Żiwkowa ledwo zipie a kraj zdaje się wyludniać. Zaludniają go w miesiace letnie, turyści…A oni potrzebują nowych wygód…Mknąłem dalej w las, na wyschnięte polany, gdzie rozrzucone kamienie budziły ponure myśli o jakichś paranormalnych zjawiskach. Wreszcie rozbiłem namiot na skraju pastwiska. Sen przyszedł szybko. Rano moim oczom ukazał się widok dzikich zalesionych zboczy. Wąską ścieżynką schodziłem między wysokie paprocie i krzaczory. Przez cały wieczór i teraz nie opuszczała mnie myśl o wodzie, o źródełku, w którym miałem uzupełnić zapasy picia. Wreszcie znalazłem jakiś ciek, który pomalutku wypełnił całe trzy litry. Pokrzepiony tym sukcesem zmierzałem hardo naprzód. Baniczki zjadłem wieczorem, bojąc się, że zepsują się w drodze. Pozostała paczka „biskuitów”, z której wydzielałem sobie skromne porcje i czekoladowe wafle Borovec. Droga szła tym zalesionym zboczem, trawersowała pasmo po północnej stronie, raz po raz otwierały się cudowne widoki na północ, przystawałem w prześwitach i zachwycałem się mechatymi sylwetami gór. Potem wyszedłem znów na trawiasty grzbiet, dziarsko naprzód, wciąż naprzód. Kilkakrotnie mijały mnie samochody drwali, którzy pytali mnie gdzie idę. Odpowiadałem niezmiennie, że do chyży. Wszystkie samochody jechały w przeciwnym kierunku, więc nie zabierałem się na stopa. Po południu dotarłem do baśniowo starego lasu bukowego. Dwustuletnie buki wyciągały ku mnie swe sękate konary, pomarszczone pnie kryły w sobie niezliczoną ilość dziupli. Tak być może wyobrażałbym sobie Fangorn z Władcy Pierścieni. Swoją drogą ciekawe – myślałem – że porównuję tę starą ziemię to Śródziemia, które przecież nigdy nie istniało poza umysłem pewnego starego profesora Oksfordu. Myśli o entach i elfach potęgowały stada koni, które wypasały się w tym bukowym gaju. Konie najróżniejszej maści, także białe… Stary kamienny krzyż, który tu znalazłem mógł stać tu nie wiadomo jak długo. Mógł pamiętać równie dobrze wiek dziewiętnasty, jak i głębokie średniowiecze. Znów brak szczegółowego przewodnika okazywał się pożywny dla mojej wyobraźni. Krzyż był opisany na bułgarskiej mapie jako Krzyż św. Ducha. Ale to było wszystko, na mapie nie pisało kto go postawił ani kiedy ani po co… Do chyży Leskova, gdzie miałem zamiar się zatrzymać i zjeść, było już niedaleko. Dotarłem tam przed godziną szesnastą, schodząc z głównego grzbietu.

„dobre doszli w chyże Leskova” przywitał mnie radosny napis nad jadalnią skrytą pod drewnianym daszkiem. Nacisnąłem klamkę do kuchni. Zamknięte. Obszedłem budynek dookoła. Zamknięty na cztery spusty. W środku widziałem kilka pustych łóżek. Chyża wyglądała na opuszczoną. Tylko woda ze źródełka lała się i mąciła panującą tu ciszę. W plenerowej jadalni znalazłem butelki po alkoholu. Należały najpewniej do drwali, którzy pracowali w okolicy. Na słupie wisiała wizytówka z numerem telefonu chyżara. Zdałem sobie sprawę, że facet tu nie mieszka i udostępnia nocleg tylko wcześniej zaanonsowanym grupom. Zresztą nie wiadomo jak dawno zawiesił tu tę kartkę. Może w zeszłym tygodniu a może w zeszłym roku? Wyobrażałem sobie, że tutejsi drwale mogą być osobnikami przypominającymi bohaterów Hłaski – Dziewiątkę, Apostoła albo Warszawiaka. Witamy w bazie ludzi umarłych … Cóż. Sprawa zaczynała mnie bawić. Bezpańskie schronisko – coś egzotycznego dla Polaka przyzwyczajonego, że te kilka górzystych procent naszego kraju jest zadeptywanych przez żądnych przygód rodaków. Bułgaria, prawie trzy razy mniejsza od Polski gór miała pod dostatkiem i nikt się nie ekscytował pustką w paśmie, gdzie obecnie się znajdowałem. Nikt nie wędrował z plecakiem ani z zachodu na wschód, ani z wschodu na zachód. Byłem tu sam, kompletnie sam. Trzeba więc iść do Murgasz. Tam, w Murgasz na pewno coś zjem i się prześpię. Miałem spis schronisk wydrukowany z internetu. Wszystkie bułgarskie opisy wyglądały podobnie – zawierały liczbę miejsc noclegowych, informacje o ewentualnej stołówce, kuchni turystycznej. Chyża Murgasz wydawała się pewnym punktem w miejscowej topografii. Była wszak dużo większa od kameralnej Leskovej. Marsz do Murgasz oznaczał jednak kolejny dzień głodowania i około ośmiu- dziesięciu godzin wędrówki. Ruszyłem niezwłocznie. Trzeba jak najwięcej przejść do wieczora, teraz kiedy jestem rozgrzany a słońce już nie jest tak dokuczliwe. Około dwudziestej minąłem dużą polanę, na skraju której znajdowały się myśliwskie ambony i wspiąłem się na kopulasty wierzchołek. Widok stąd roztaczał się przepyszny. Rozbiłem swój namiocik, zjadłem uroczyście wafla
Po dwóch dniach głodowania umysł był czysty i gotowy w spokoju kontemplować otoczenie. Pogrążyłem się w pyszałkowatych  przemyśleniach na temat ascezy, niby-mnich na niby-pielgrzymce. Patrzyłem na zachód słońca, nagrałem buńczuczny filmik – z sobą w roli Maxa Kolonko przemierzającego bułgarską głuszę. Poinformowałem swoich wyimaginowanych widzów o ilości biskuitów i wafli oraz czterech litrach wody, które w Leskovej udało mi się uzupełnić. Byłem wniebowzięty, klimat jak z into the wild:”żadnego telefonu, żądnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnego alkoholu. Totalna wolność. Estremista, podróżnik, którego domem jest droga. Uciekł od cholernego mieszczańskiego Gdańska, od zrekonstruowanych kamieniczek i niemieckich turystów. Teraz tu w dzikich górach Bułgarii przeprowadzi duchową rewolucję… Wchodzi głębiej w dzicz. Będziemy obserwować postępy ciemności”…
Przestawiłem się tryb zero-jedynkowy: jeść,pić,jeść,pić. Zero było zamiast jeść. O waflach i wodzie szedłem naprzód. Pielgrzymowałem do Murgasz i myślałem o szopskiej sałacie, która tam na mnie czeka. O kubku ciepłej herbaty. Zasnąłem.

Namiocik stał kilka metrów od ściany lasu. Obudził mnie hałas w pobliskich krzakach. Coś ciężkiego i dużego wylazło z gąszczu i sapało. Dzik, niedźwiedź a może jeden z koni pasących się na połoninie? Może Buka? Noc kryła w sobie jakiegoś nizdentyfikowanego. Ścierpłem, bałem się ruszyć palcem u nogi.Serce mi waliło. Komórka pokazywała drugą. COŚ powoli odeszło, oddychając ciężko. Zasnąłem dopiero godzinę potem.

Następny dzień nie miał w sobie nic z duchowych uniesień poprzedniego wieczoru. Kurewsko wyczerpujący dzień przez najbrzydszą część gór. Szedłem wciąż przez wysuszony las, spustoszone wyręby. Przeczołgiwałem się przez powalone w poprzek drogi pnie. Brnałem przez zwały rozrzuconych gałęzi, szukałem wyciętych w pień znaków szlaków. Oddech tego zmęczonego bukowego lasu w czterdziestopniowym upale wysysał ze mnie energię. Głód opuścił żołądek i wchodził do głowy, dostawałem zawrotów przy szybszym kroku, przed oczyma latały mi czarne plamy. Droga wydłużała się w nieskończoność. W końcu objawił się napis: „chyża Murgasz”. Odżyłem. Za zakrętem zobaczyłem sylwetkę schroniska. Ruszyłem szybko w jego kierunku, ale każdy krok odbierał mi nadzieję.Dotarłem do jeszcze jednego schroniska widmo! Murgasz szydził ze mnie powybijanymi oknami, porzuconą betoniarką, Murgasz był wymarły, nikt tu nie mieszkał. Nawet psia buda była pusta. Hej, jest tu kto? – wrzasnąłem po polsku. Rzecz jasna mój głos odbił się tylko od oczodołów okien.

„Dobrze doszli do piekła”… Możecie zadzwonić do władcy much… Sytuacja stawała się poważna. Szykował się trzeci dzień głodu. Zobaczyłem cygańskie wozy, które stały na połoninie. Może tam ktoś mieszka? Może sprzeda mi trochę jedzenia? Postawiłem plecak na ziemi i ruszyłem w stronę wozów. Były puste, tylko kilka szczeniaczków hasało po trawie. A więc jednak ktoś tu zagląda…Ktoś musi karmić te psy… Może pojawi się przed zmrokiem? Trzeba zabrać plecak… Wróciłem w stronę schroniska-widma i serce skoczyło mi do gardła…

Psia buda nie była opuszczona. Mieszkał w niej wielki owczarek, wielkości Kaukaza… Gdy krzyczałem, buda stała pusta, bo snuł się gdzieś po okolicy. Teraz wrócił i kręcił się koło mojego plecaka. Głodny, odcięty od swoich zapasów wody, od namiotu, od trekkingowych kijków, które mogły służyć do obrony, pozbawiony wszystkiego, co posiadałem w tym kraju, sam wobec wielkego owczarka, z perspektywą spędzenia nocy pod gołym niebem na wysokości 1600 metrów… nie miałem kompletnie pomysłu co robić.

PO PROSTU BEZNADZIEJA. CZARNA ROZPACZ.

Założyłem polar i ruszyłem w stronę psa.

Topos 2-3/2010 r. przynosi m.in. kolejny odcinek Lekturnika Przemysława Dakowicza, tym razem poświęcony mojemu ostatniemu zbiorowi wierszy.

Pełny spis treści można znaleźć na stronie Toposu.
Fragmenty szkicu o Elegii na blogu Przemysława Dakowicza.

pisze na swoim blogu Przemysław Dakowicz. To zapowiedź dłuższego szkicu o Elegii dla Iana Curtisa, który ukaże się wkrótce w Toposie.
Fragment prywatnego listu do mnie sprzed dwóch lat o Elegii publikuje Jarosław Jakubowski.

kiedy na przejściu granicznym w grodnie
stary celnik zapytał mnie
„co wieziecie” odpowiedziałem mu:
wiozę dziadka umarłego
stojącego obok konia z batem w szorstkiej dłoni
aby bił mnie jeśli kłamie w żywe płomienne oczy
wiozę babcię moją żywą ikonę
by mi odwagi dodawała swoją cowieczorną pieśnią
wiozę wujków pijaniców na przestrogę i smutek wielki
wiozę chatę garbatą której śmierć zagląda w okna (…)

Piotr Cielesz, przejście graniczne

Ilu jest dzisiaj ludzi w Polsce, którzy tak jak Piotr Cielesz mogą powiedzieć, że mają swoją korzenie na Białorusi, wywożą stamtąd obraz zapadłych wiejskich domów, kilka fotografii, zmarłych twarzy? Trudno mi o tym nie pamiętać. Wszak i mój pradziadek urodził się nad Berezyną i już po traktacie ryskim jego rodzinna miejscowość została połknięta przez sowieckiego lewiatana. Dziś tamta Białoruś sprzed stu lat ledwie prześwituje spod komunistycznego nalotu. Na przejściu granicznym nie ma czasu na sentymenty. Granica się zabliźniła, wżyna się głęboko w przeszłość, odcina już kilka pokoleń. I wjeżdżamy do obcego państwa. Witajcie w kraju wysokich czapek. Państwo, które reprezentują takie czapki na więcej może sobie pozwolić. To państwo, którego trzeba się bać i respektować. Siła. Przez pociąg typu przemytnik przesuwa się straż graniczna i wpuszcza nas paszport po paszporcie, wiza po wizie. Zacziem jedietie w Bielarus? Co może kryć się w tym pytaniu? Zacziem zaglądacie za naszą szczelnie zasłoniętą zasiekami i drutami granicę? Zacziem chce wchodzić w nasze blokowiska, oglądać z okien samochodu nasze kołchozy? Zacziem chcecie sprawdzać ceny w sklepach? Nie macie czego tu szukać. Musicie mieć imienne zaproszenia. Inaczej nie macie prawa oglądać naszych miast, wsi, lasów, jezior. Musicie co trzy dni zameldować się na milicji, żeby nie przyszła wam ochota szpiegować. Rozmawiać z ludźmi i mącić im w głowach. -Wy gruppa? Kto u was starszyj? -Ja starszyj. Tylko ja mówię po rosyjsku. I drugi raz na Białorusi. Tylko ja jestem w stanie płynnie powiedzieć graźdanką, kim jesteśmy i po co przyjechaliśmy. Gdy będziecie wracać polscy celnicy będą was pytać o wódkę i papierosy. Nic nie można stąd wywieźć prócz wódki i papierosów. Rozprują sufit pociągu i wyciągną stamtąd całe kartony tańszych Malboro. Gdy polski celnik na granicy – spyta was – co wieziecie? Odpowiecie zgodnie z prawdą. Wódkę. Papierosy. Ale tym razem zapamiętam sympatyczną twarz białoruskiego celnika. Czapka taka sama, ale inne ciepłe oczy, no i uśmiech. Ile zmieniają oczy i ton głosu. Wysoka czapka staje się bardziej swojska, nabiera pewnej świadomej siebie zawadiackości i teatralności. Twarz tego celnika jest pierwszą w tym roku twarzą Białorusi. We wszystkich twarzach będziemy szukać jego twarzy lub jej zaprzeczenia. To wielka odpowiedzialność być pierwszą wysoką czapką spotkaną w tym kraju. Ze wszystkich polskich granic, jakie w życiu przekraczałem granica z Białorusią – jest dla mnie najbardziej pamiętną. I najbardziej niewątpliwą.


  • RSS