nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: nowaczewski

Miałem wysiąść w Kolinie, ale nie wysiadłem. Teraz mogłem tylko bezsilnie oglądać przesuwające się za oknem  krajobrazy, umykające z prędkością 100 km/h nazwy małych stacji. Cokolwiek by się działo, to jednak z pociągu na pociąg zbliżałem się do miejsca przeznaczenia: Svetloj nad Sazavou, na Wyżynę Czesko-Morawską. 13 kilometrów od tej stacji, w rustykalmej głuszy pod jabłonią koło domu Jany i  Miloša Doležalów z Wojtkiem Wenclem mieliśmy poczytać wiersze. Svetla nad Sazavou – stacja, gdzie wysiadł kiedyś Jaroslav Hasek, więcej do Pragi już nie powrócił, ale poszedł do knajpy naprzeciwko. Piliśmy tam z Milošem i Wojtkiem kawę i wymyślaliśmy pierwsze zdania do powieści, które nigdy nie powstaną. Myślę, że te nie istniejące powieści tak samo należą do literatury jak te napisane, gdzieś te słowa niewypowiedziane przecież się zbierają, wystarczy je odnaleźć. W domach, które oglądałem z okien pociągu mieszkają ludzie, dojrzewają ich miłości i dramaty, korzenie wczepiają się w pejzaż i przypominają o tym, co kiedyś już istniało, ale nie wiadomo do końca i nie będzie już wiadomo jak. Dowiedziałem się, że umarł Jerry – król alkoholików. Parę miesięcy temu dostałem SMS-a z tą informacją, ale wolałem w niego nie wierzyć, wolałem wierzyć w twardy alkoholowy sen, który Jerremu nie pozwolił otworzyć drzwi jego knajpki. U Jerrego każdy gość przybyły tu po raz pierwszy zostawał członkiem klubu. Jeśli tu powrócił – za drugim razem pił za darmo, on i cała jego kompanija… Miałem i ja tu swój numer, ale już z niego nie skorzystam… Barman Jerry naleje nam piwa dopiero gdzieś po drugiej stronie. Dom Jany i Miloša tym razem był pełen ludzi – blisko stu pisarzy, malarzy, filozofów, twórców teatralnych, muzyków, fotografików, redaktorów czasopism, wydawców i regionalistów, rozstawiali namioty na pobliskiej łące, znosili na stoły chleb, gulasz, śliwowicę i inne pyszności. Trwały gorączkowe przygotowania do divadla. Przez półtorej godziny przed naszymi oczyma przesuwał się korowód ludzkich losów związanych z pobliskim, zalanym przez zalew miasteczkiem. Tradycyjny świat czeskiej prowincji znikał nie tylko pod powierzchnią wody, ale także pod powierzchnią współczesności. W tle rozgrywają się wojny i systemy a na pierwszym planie coraz bardziej wydrążeni ludzie. Z boku sceny obok stodoły wyrastał symboliczny cmentarz. Divadlo nie było jedynym punktem programu. Dom obwieszony został obrazami Jiřego Bašty. Ekscentryczna ta postać zaskoczyła mnie następnego dnia. Jiri porwawszy strój psa podwórzowego z wczorajszego divadla wydawał dzikie pomruki nad wygasłym w nocy ogniskiem. Zabił mnie strzałem z plastikowego pistoletu, gdy nieopatrznie wkroczyłem na podwórko.Poprzedniej nocy, jeszcze długo po zmroku rozbrzmiewał nieokiełznany folk grupy Pláče Kočka. Było i z przytupem i sentymentalnie. Od frontmana zespołu Jakuba Sejkory dostałem płytę, która rozbrzmi na moich urodzinach. Na innych ścianach zawisły fotografie uczestników spotkań; my z Wojtkiem czytaliśmy swoje wiersze, ba, nawet zeszłoroczną nota z tego bloga w tłumaczeniu na czeski… Wencel otrzymał Order Biały Karla Vrány I. stopnia za „poetyckie i śliwowicowe propagowanie Wyżyny Czesko-Morawskiej w Polsce”. Żal było wyjeżdżać.

Zdjęcia znajdziecie na blogu Wojtka Wencla
Na youtube można zaś znaleźć nagrania Pláče Kočka.

Uciekł. Uciekł nam bus do Liptovskiego Mikulasa i tym samym misterny plan dotarcia w Tatry Niżne rozsypał się już na pierwszym punkcie. Pociąg do Zakopca z przesiadką w Poznaniu spóźnił się ponad godzinę i nie było sposobu, aby nadrobić stracony czas. Czy to jednak mogło powstrzymać naszą trójkę? Wsiedliśmy w busa na Jasną Polanę. W barze na granicy wypiliśmy piwko grzejąc się w słońcu. Dotrzemy, dotrzemy chociaż później, nie zważając na okoliczności. Pogoda jest wbrew zapowiedziom fantastyczna.
-Panowie pijemy za powodzenie naszej sprawy- wznoszę toast -i stukamy się ceremonialnie kuflami.
Gęby mamy uśmiechnięte. To już Słowacja, zaśnieżone szczyty Tatr wyzierają zza chmur. Czego więcej trzeba?
Trzecia tego dnia przesiadka – słowacki autobus do Starego Smokovca, w Smokovcu przesiadka do Popradu. W Popradzie ucieka nam sprzed nosa pociąg do Liptovskiego Mikulasa. Do następnego – godzina. Cóż – browarek i pijemy za powodzenie naszej sprawy. W końcu wsiadamy do „rychlika” (pospiesznego) do Bratysławy i wysiadamy w Mikulasu. Tu – znów półtorej godziny do autobusu. Bufet dworcowy – browar, powodzenie wiadomo czego. W końcu po 27 godzinach jazdy i sześciu przesiadkach jesteśmy w Jasnej – u podnóża masywu Chopoka. Jest godzina siedemnasta.

Jest godzina siedemnasta i tu właśnie zaczyna się właściwa opowieść. Kto to widział wychodzić w góry o siedemnastej? Cóż, jeśli ten dzień nie ma być do końca stracony, wychodzimy. Do otulni pod Chabencom – około pięciu godzin. Będziemy ok. 22, jeśli nie nastąpią okoliczności nieprzewidziane. Przed nami podejście na Chopok. Mijamy najbrzydszą, zdezelowaną przez narciarzy część Niżnych Tatr. Zawsze wprawiają mnie w przygnębienie zabłocone trasy narciarskie. Gdy nie ma śniegu odsłania się ich brzydota, są jak blizny w zalesionych stokach, korzenie, wypłukane przez wodę kamulce, porzucone na skraju tras koparki, drażniacy w tej przestrzeni industrial. Hotel w Jasnej ogromny i pusty jak w Lśnieniu Kubricka. Ile to razy jeszcze przywołam ten film? Scenę, w której samotny samochód jedzie górską szosą, by na koniec dotrzeć do ogromnego złowieszczego hotelu? Dzisiaj Bart, Rudolf i ja też weźmiemy udział w horrorze. Ale nie wchodzimy do hotelu, wychodzimy w góry. Muzyka wewnątrz nie zionie grozą, to coś jak Orawa Kilara, zimne iskry potoków wiszące na smyczkach.

Jeszcze jest jasno. Trzysta metrów nad Jasną ostatnie tego dnia zdjęcia. Cóż – mogą opowiedzieć zdjęcia o takim, jak dziś dniu? Nic. Dokumentacja fotograficzna kończy się wraz ze słońcem, które zasłaniają chmury. Mgła wypełza na kamienisty stok. Bart idzie przede mną, słyszę jego kijki stukające o kamienie. Rudolf został za moimi plecami, zniknął we mgle. Ale droga jest prosta wytyczona głazami- jak wejście na Kasprowy. W piętnastominutowych odstępach wchodzimy na Chopok. Tutaj w Kamiennej Chacie pod pijemy po dużym kubku herbaty. Jakaś grupka Polaków rozprawia o swojej koleżance, która skręciła nogę w kostce. Czy nie pomożemy jej wnieść do schroniska? – pyta jedna z dziewczyn. Patrzymy na czterech chłopaków z tej samej grupy siedzących już rozebranych za stołem. Odmawiamy. Już i tak jesteśmy mocno spóźnieni a te tu darmozjady grzeją się przy piecu i ani myślą iść na dół. Rudolf, któremu nasilający się wiatr dał już do wiwatu, w zasadzie chciałby już tu zostać. Jest po dziewiętnastej a do Otulni pod Chabencom jeszcze ponad dwie godziny drogi. Zostaje przegłosowany, wychodzimy.

Po raz drugi wychodzimy. I tylko nasilający się wiatr jest groźną nutą, mogącą otwierać nowy, groźny wątek w osnowie opowieści. Ale na razie sielanka. Mgliście, siąpi, ale my prujemy kamienistą drogą jak po autostradzie. Połykamy kilometry. Ile mamy kilometrów do celu? osiem? Cztery połykamy w godzinę i zaczyna się podejście w stronę Chabenca. Mgła nasila się, deszcz coraz mocniej zacina, ściemnia się, nieustająca kanonada wiatru. Furkają peleryny. Bart jako najmocniejszy prowadzi, przejmuje od Rudolfa jedyną w drużynie czołówkę. Bezbłędnie odnajduje ukryte na kamieniach znaki. Sam miałbym z tym duże kłopoty, bo okulary mam zasnute deszczem. Ale iść za plecami Barta to proste – jak trzymać się koła podczas kolarskiego wyścigu. Wchodzimy pod górę. Chabenec musi być blisko a za nim zbawcza otulnia. Choć przemoczeni już kompletnie, zmęczeni – siłą rozpędu poruszamy się naprzód w zapadających ciemnościach. Blade światło czołówki nas prowadzi.

-Nie podoba mi się to – Bart zatrzymuje się i po raz pierwszy od rana czuję lekką zmianę w jego głosie – Nie mogę znaleźć znaków.
Leje jak z cebra, wieje coraz silniej, trzęsę się z zimna.
-Czekajcie tutaj, wrócę kawałek. Może szlak gdzieś skręca.
Zostajemy z Rudolfem w ciemnościach. Deszcz, teraz już z gradem wali coraz mocniej w nasze kaptury.
Za chwilę światło czołówki wraca.
Jest szlak! – słyszymy krzyk Barta.
Jest szlak. Jest nadzieja. Idziemy naprzód. Początkowo wspinamy się po zboczu, ale później szlak schodzi coraz mocniej w dół.
-Nie kręcimy się przypadkiem w kółko?! – krzyczę do Barta – przypominając sobie jak niedawno błądziłem koło Śnieżnych Kotłów w Karkonoszach.
-To niemożliwe! – odkrzykuje.
Jasne. Jak w wierszu Świetlickiego. „Pewnych rzeczy nie przyjmują do wiadomości. Tym samym te rzeczy są skompromitowane. Nie istnieją”.
A jednak okazuje się, że mam rację. Dochodzimy do krzyżówki szlaków. Mijaliśmy ją jakieś pół godziny temu. W dół odchodzi żółty, czerwony, którym mamy iść idzie granią.
Narada. Co robić.
-Wracajmy na Chopok. Znamy drogę. – mówię – lepiej wracać znaną drogą, nie wiemy czy w ogóle trafimy do otulni.
-Jesteśmy już blisko, niecała godzina- mówi Bart – a na Chopok trzy godziny. Trzeba iść na Chabenec.
-Rudolf?
-Idźmy.
Idziemy na Chabenec. Dochodzimy znów do miejsca, gdzie zgubiliśmy się wcześniej. Odnajdujemy teraz właściwy przebieg szlaku. Droga pnie się do góry. Jesteśmy wysoko na grani, szczyt Chabenca zapewne tuż tuż. Słyszymy daleki grom.
-Burza! – mówi któryś z nas.
A potem dodaje:
-Kurwa.
-Jeszcze tego brakowało. Co robimy?
Nagle błysk roświetla całą grań.
Ułamek sekundy, ale widzimy swoje przerażone twarze, rozszerzone oczy.
-JEZUS! – wrzeszczę na całe gardło.
-PADNIJ! – krzyczy ktoś.
Grom zagłusza nasz krzyk.
W gasnącej błyskawicy widzimy siebie trzęsących się ze strachu, tulących do ziemi. Wyrzucamy kije. Zapada ciemność. Ale jeszcze dobrą chwilę nikt nie rusza się z miejsca.
-Zostawiamy kije? – krzyczy nagle Bart.
-Ja zostawiam! – odkrzykuję.
I tak tego dnia jeden kijek ostatecznie się zepsuł. Wyrzucam zdrowy kijek w ciemność.
-Jednak szkoda – waha się Bart – i podnosi swoje kije.
Podążam teraz za nimi, ale wyrzucenie kijka było błędem. Teraz potykam się o skały zostaję w tyle. Ta chwila przy ziemi kosztowała mnie sporo ciepła. Trzęsą mi się łydki i wywalam się na prostej drodze.
-Poczekajcie! Nie nadążam!
Bart oddaje mi jeden ze swoich kijków.
-Tylko go nie wyrzucaj – mówi.
Łatwo mówić. Cały czas krzyczymy. Znów błysk, grom i znowu leżymy przy ziemi.
-Kurwa! Kurwa! Następnego dnia spierdalam do Polski! – klnę na cały głos.
Tak jest kilka razy.Ilekroć błyski rozświetlają grań padamy na ziemię, jak robaki przylegamy do gruntu.
Tak docieramy trzeci raz do znajomej już krzyżówki ze szlakiem żółtym.
-Co robimy?
Znów to pytanie.
-Wracamy do Chopoka.
-Schodzimy z grani.
-Przebijamy się przez Chabenec.
Trzech ludzi i trzy wersje. I tylko jedna czołówka.
To trzyma nas razem. Inaczej już dawno rozdzielilibyśmy się.
-Musimy zejść z grani – mówi Rudolf. – Dojść do linii lasu.
Bart obsesyjnie myśli o Otulni.
Otulnia lepsza niż mój Chopok. Chopok to trzy godziny granią. Przy tych piorunach. Otulnia bliżej.
No to schodzimy z grani – krzyczę.
Schodzimy żółtym droga początkowo sprowadza nas w dół a potem znów zaczyna się wspinać.
Cały czas strugi deszczu, huraganowy wiatr. Gromy jakby się oddaliły. Ale raz po raz błyska w oddali. Burza jakby zawisła nad masywem i nie mogła się przesunąć. Z centrum uciekliśmy na jej obrzeża, ale ona jak wielka płaszczka gotowa zmienić kierunek i odnaleźć trzy bezbronne mrówki, które nieopacznie znalazły się na jej terytorium.
-MAPA! MUSIMY SPOJRZEĆ NA MAPĘ!
Bart zgrabiałymi palcami rozwija strzęp mapy, którą kupił kilka godzin wcześniej na Chopoku. Arkusze zlepiły się i nie chcą odsłonić swych wnętrzności, skrawek mapy, gdzie akurat się znajdujemy pozostał w środku. Wreszcie udaje się.
-Panowie – mówi drżącym głosem Bart – jesteśmy na szczycie Skaly. To jest boczny masyw. Ta góra jest wyższa niż Chabenec.
Zatem zamiast uciec przed burzą, wyleźliśmy na wierzchołek, gdzie jesteśmy widoczni dla piorunów jak trzy groszki na patelni.
-Co robimy? – pada nie wiadomo już który raz.
-Nie wiem – mówię.
-Nie wiem – mówi jak głuche echo Rudolf.
Trzy kijki leżą u naszych stóp, układają się w trójkąt. Czwarty tuż obok. Dlaczego pamiętam takie szczegóły.
-Nie wiem – mówi Bart – dzwonić po Zachrannu Służbu?
Sam zdaje sobie sprawę, że to beznadziejne. Włączać telefon w tych warunkach. Nikt z nas nie ma chyba nawet ich numeru. Gdyby cudem dodzwonić się, jak przekazać własną pozycję przy takim wietrze, przecież nic nie usłyszą…
Musimy przetrwać tu do rana albo iść.
-Byłem po tej stronie Tatr w 96 roku – mówię – tu nie ma żadnych osad. Same lasy. Najbliższe jest Tale wiele kilometrów stąd.
-W lesie niedźwiedzie – mówi Bart – Największa ostoja niedźwiedzi na całej Słowacji.
-W takim razie idźmy na Chopok. Byliśmy tam. Znamy drogę – wracam do poprzedniego pomysłu. -Będziemy mieć przed sobą jakiś cel. Będzie łatwiej iść, choćby i dłużej.
-To brzmi rozsądnie – mówi Rudolf. – Wracamy.
Zatem wracamy. Jest przynajmniej kierunek. Teraz następują godziny mozolnego odwrotu.
Różnie reagujemy na stres. Bart zamyka się w sobie. Mobilizuje się, żeby zachować kontrolę. Rudolf popada w zobojętnienie. Ono roztacza nad nim płaszcz bezpieczeństwa, który wbrew strachowi pozwala iść dalej. Ja zamieniam się w choleryka, klnę i gadam do siebie. Niech emocje wychodzą na zewnątrz, nie ma nic gorszego niż strach, który dławi gardło.

Czy gdybym słyszał wojenną historię o Chabencu, tak rześko wyruszyłbym kilka godzin temu z Chopoka w stronę tej przeklętej góry?
Chabenec, 1955 metrów, tutaj w 10 listopada 1944 roku burza zaskoczyła wycofujące się oddziały słowackich powstańców. 80 żołnierzy i cywili zginęło w śniegu. Wśród nich komunistyczny polityk Jan Sverma. Tego nie wiem, kiedy wyczerpany i wyziębiony wlokę się przez ulewę w środku nocy w kierunku Chopoka. Wyobraźnia nie podsuwa mi pod oczy zamarzających partyzantów. Ścigani jak zwierzęta przez Waffen SS znaleźli śmierć w zamieci, gdzieś tutaj.
Docieramy cali i zdrowi do Chopoka o 4.30 rano. Kiedy już do schroniska pozostaje kilkanaście minut, koledzy wyprzedzają mnie i znikają za zakrętem. Idę teraz swoim rytmem. Ale jest już spokojnie. Nie leje. Wiatr jest słaby. Na niebie widać księżyc. W tym świetle księżycowym ukazują się wpierw czerwone lampy Chopoka a poniżej pojedyncza lampka schroniska.
Wiatr świszcze i zdaje mi się, że ktoś mnie woła. Czyżby czekali na mnie w innym miejscu i teraz znaleźli się za moimi plecami?
-Artuuur! Artuuur!
-Tu jestem! – odkrzykuję – Ale nie słyszę odpowiedzi.
Trudno. Nie mam siły, nie ma sensu ich szukać. Idę do schroniska, stamtąd wyślę im SMS-a, że jestem w schronisku. Ale gdy docieram Bart i Rudolf stoją już w holu i zrzcuają przmoczone ciuchy. Nic nie krzyczeli. Przyszli tutaj kilkanaście minut wcześniej.
Zali to ty mnie wołałeś ateistyczny duchu Jana Svermy? Zali to wy powstańcy byliście tymi głosami spod Chabenca?

Obudziłem się na wysokiej antresoli. Otworzyłem okienko i moim oczom ukazały się bryły kamienic, szczerbate kominy i sterczyny anten. Siedziałem na dachu Starego Miasta mając kościół dominikanów po jednej stronie a dom Janusza Palikota po drugiej. Skrawek ulicy niknął za brzegiem dachu. Wyszedłem na miasto. Stary przedpołudniowy Lublin. Obok odnowionych domów, ogródków piwnych, knajp i pubów domy przeznaczone do rozbiórki. Byłem w martwym zakolu ulicznego ruchu, gdzie rytm życia biegł powoli, jak na początku wieku. Tuż za Starym Miastem zaczynały się korki i smród spalin. Minąłem zamek, muzea i ekspozycje i udałem się w stronę starego kirkutu. Za ruchliwym skrzyżowaniem zaczęły się kocie łby, przestrzeń starego przedmieścia, które jak niedookreślona wyspa trwało wśród blokowisk. Zatrzymał mnie mur, bluszcz i ciernie wspinające się po ścianie. Kłódka jedna, druga zamknięta. Nie widziałem zatem najstarszej w Polsce macewy z 1541 roku na grobie talmudysty Kopelmana ha-Levi; ani grobu cadyka Jaakowa Icchaka Horowitza ani mogiły rabina Szaloma Szechny. Tylko mur, bluszcz i ślimaki na ich śluzowych ścieżkach. Ulica nazywała się Kalinowszczyzna. Ładnie. Znajdował się tam dworek rodziny Wincentego Pola. Wszedłem do jednego z tych małych muzeów, gdzie lądowanie pojedynczego wędrowca jest wydarzeniem, jednym z niewielu wydarzeń dnia. Dwór jak się dowiedziałem od Pani Przewodnik przeniesiony został z innego miejsca, znajdujacego się w innej części miasta. Meble były „meblami z epoki”, globusy orbitowały wokół geograficznych pasji Wincentego Pola, ale książki, dziewiętnastowieczne wydania, były najprawdziwsze, jak i ciemne okulary poety, które nosił u kresu życia po utracie wzroku. Patrzył na mnie z muzealnego portretu, zanikający wieszcz drugiego rzędu, twórca z nieistniejącego świata polskiego ziemiaństwa i powtarzał sam już nie wiem? memento mori? carpe diem? Pamięć bywa kapryśna. Być może jedynymi czytelnikami Wincentego Pola poza studentami filologii są dzisiaj zapaleni myśliwi, dla których klasyką jest jego dzieło Rok myśliwca ilustrowane przez Kossaka. Spytałem jeszcze o kirkut i okazało się, że zapuszczonej nekropolii nikt poza żydowskimi wycieczkami nie odwiedza a klucza do cmentarza nie wydaje się takiemu jak ja gojowi ćwierćlewicie na krótkich wakacjach. Kiedyś podobno klucz miała Pewnapani, lecz Pewnapani zmarła, a teraz klucz znajduje się, zdaje się, w Teatrze NN. Nie mamy od roku już klucza odpowiedziali ludzie z teatru. Ale u w Pewnymmiejscu wydadzą ci klucz, jeśli zostawisz dowód. W plecaku miałem trzy tomy poświęcone Czechowiczowi wydane właśnie przez Teatr NN. To dzięki tej instytucji tu trafiłem z okazji festiwalu Miasta Poezji. Poeci czytają swoje wiersze w prywatnych mieszkaniach, które na czas festiwalu otwierają się na każdego, kto przyjdzie z ulicy. Jak to wygląda w praktyce nie zdążyłem sprawdzić, bo akurat Darka Adamowskiego i mój wieczór odbył się w Cax Mafe przy ulicy Staszica. Była nawet telewizja, ale szybko wyszła. Jeśli pokazała coś z tego spotkania (w co wątpię) to pewnie jakąś migawkę, w której poeta o nieznanym nazwisku wypowiada jakąś wyrwaną z kontekstu frazę. Dzień wcześniej jeszcze około godziny pierwszej w nocy poeta o nieznanym nazwisku przeczytał kilka wierszy w Radiu Lublin. Trafił tam razem z miejscową bohemą a także z jednym poetą walijskim, który wybijał sobie rytm fantazyjną laską. Byłem też na spotkaniu Jurija Andruchowucza. Andruchowycz opowiadał o książce, którą obecnie pisze – poświęconej 111 miastom, w których był lub bywał. W części dla pytań wstał Pan Bezceremonialny i oznajmił, że nie zna żadnej książki Andruchowycza. Niech pan [Andruchowycz - przyp. A.N] przeczyta dwa swoje, pana zdaniem najlepsze wiersze, jakie pan napisał, bo on, Pan Bezceremonialny nie ma czasu na literaturę i przyszedł posłuchać konkretów. Więc Andruchowycz przeczytał. A wieczorem byłem jeszcze na koncercie Andruchowycza i Karbido. Słucham teraz płyty Cynamon z dodatkiem Indii i tą ścieżką wracam do Lublina (przez Stanisławów). 

Fragment koncertu.

W ramach festiwalu Miasta Poezji
w piątek 28 maja o o godz. 18
w Klubie
Max Mafe przy ul. Staszica 1
odbędzie się spotkanie z niżej podpisanym,
które poprowadzą Marcin Kamola i Bartosz Wójcik.
Poczytam trochę wierszy i być może rozstrzygnie się
kwestia czy jestem partyzantem prawdy:)

Kilka moich wierszy z tomu ‚Elegia dla Iana Curtisa” ukazało się w czeskim czasopiśmie „Souvislosti”. Teksty przetłumaczył Jiří Červenka. Występuję tam w szacownym towarzystwie obok Wojciecha Kudyby, Agnieszki Kuciak oraz Wojciecha Bonowicza.  

Moja pierwsza poetycka książka ‚Commodore 64′ została zaliczona przez Romana Honeta do najlepszych debiutów roku 2005 w ramach projektu Biura Literackiego  ‚Poeci na nowy wiek’. Aby zobaczyć, co napisał o niej Roman Honet kliknij tutaj

Lyrik aus Polen

1 komentarz

Lichtungen

Po języku czeskim przyszedł czas na język niemiecki… W najnowszym numerze jednego z bardziej renomowanych pism literackich Austrii „Lichtungen” znalazło się kilka moich wierszy. Towarzystwo rodaków także zacne, można bowiem tam również przeczytać wiersze Krzysztofa Karaska, Juliana Kornhausera, Krzysztofa Kuczkowskiego, Wojciecha Gawłowskiego, Wojciecha Kassa, Wojciecha Kudyby oraz Tadeusza Dąbrowskiego.

Ech, gdybym miał czas na flanowanie w Nowogródku! Flanowanie – to znaczy jak pisze Herbert w Barbarzyńcy w ogrodzie włóczenie się bez planu „według perspektyw, a nie przewodników”. Gdybym miał czas na: oglądanie sklepowych witryn, szyldów włażenie do piwnych barów; łowienie zapachów, klatek schodowych, zaglądanie w podwórka, cykanie zdjęć sznurków z praniem, przydomowych ogródków, kotów wyciągniętych na progach i gankach, gdybym miał czas na wchodzenie w chłód kościołów, oglądanie wot w lokalnych sankturariach itede itede…

Biała fara


Jeśli chce się zrozumieć Mickiewicza, trzeba opuścić wymuskane muzeum, zejść z tonów akademii na zakurzoną ziemię. Mickiewicz jest zapisany w krajobrazie, pejzażu; stając na szczycie wzgórza zamkowego w Nowogródku i rozgladając się dookoła widzimy ten pejzaż, krajobraz przez Mickiewicza. Nie byliśmy tu nigdy, ale mamy doświadczenie déjà vu.

Nowogródzki gród zamkowy...


Pejzaż, widok, krajobraz – zapis pamięci, zapis nas samych, naszej chwili, TEGO miejsca, TEGO czasu. Rozpisani jesteśmy na wydarzenia, na ludzi, których spotkaliśmy, ale i na chwile, na błyski. Mickiewicz był poetą, u którego znajdziemy już poruszenie, przejście przez konkretny ganek, spojrzenie na portret Kościuszki. Nie są to symbole, hasła, wywoławcze fetysze. Mickiewicz pisze o tym jednym jedynym ganku, o tym jednym portrecie Naczelnika. Miejsca i rzeczy te są ruchome, zmieniają swój wyraz i ciężar.

Nowogródek


Sowiecka rozjebka i komunistyczny rozpierdol na szczęście nie naruszyły specjalnie Nowogródka. Miasteczko w przeważającej części nadal zbudowane jest z drewna, żółte chaty giną w zieleni starych drzew; w zakrystiach kościołów ornaty czekają na niedzielną mszę. W lokalnym muzeum w kącie wisi zdjęcie majora Kotwicza, ciężko je zauważyć – w tej sali rządzi Armia Czerwona, sowieckie gienerały i marszały prężą pierści z orderami. Czerwone strzały frontów i armii przewalają się na Berlin. Jakie znaczenie ma w tej sytuacji 72-osobowy oddział Majora staczający swój ostatni bój pod Surkontami?

Major Kotwicz


Z punktu widzenia cezarów żaden. Ale kto dzisiaj patrzy na wojnę oczyma cezarów?

Kazik chyba musiał tu kiedyś kilka godzin czekać na pociąg i pewnie stąd wzięła się ta osławiona fraza, że na dworcu w Kutnie jest tak brzydko, że pękają oczy, oczy. W rzeczywistości dworzec w Kutnie nie poraża ani brzydotą, ani brudem. Samo miasto również. Wkraczaliśmy w nie czytając groźne kibolskie napisy, ale nic złego nas nie spotkało. ZŁoty Środek Poezji leży właśnie tutaj. Przez kilka dni wieczory autorskie, konkursy, spotkania, gadania, odsłaniania poetyckich murales, flanowanie po Królewskiej, flanowanie po rynku. Itede. Itede. Przyjeżdżałem już do Kutna, żeby słuchać poetów czeskich, słowackich, rosyjskich…

Festiwal kameralny, bez wielkiej ilości fleszy, bez tłumów, ale w tym właśnie jego urok. Zawsze kogoś nowego tu poznałem, zawsze była okazja do dłuższej rozmowy. Czas w Kutnie biegnie wolniej. Przez cały czas sączy się piwko w zieleni parku w ogródku piwnym przed KDK. Jest czas na snucie się po mieście, na flaszkę żołądkowej, oddanie czci żołnierzom września itede. Są wreszcie gospodarze – Artur Fryz i Ola Rzadkiewicz, bez których ta impreza nie byłaby tym samym, bo nic się nie dzieje samo, ale jedynie dzięki energii pojedynczych ludzi i ich pasji. Dlatego Kutno nie kojarzy mi się już z piosenką Kazika. To tu Milosz Doleżal opowiada o zamachu na Heydricha w Pradze, to stąd wyjeżdżamy w środku nocy do jakiegoś góralskiego zajazdu, to tu widzimy na rynku pluton Błękitnej Armii Hallera; to tu zdarza się wiele rzeczy, ciąg nazwisk poetów, których tu nie wymienię, bo – do licha – za młody jestem na jakieś memuary.

Snuliśmy się po Kutnie z Dawido w stanie lekko nieważkim, co Majer skwitował stwierdzeniem, że czuje się „jak pięć Stasiuków”. W ogóle przyczepiło się do nas kilka fraz i cytatów, które chodziły za nami krok w krok. Więc byliśmy w środku jakiegoś wielkiego wiersza, który się pisał, ale był już właściwie napisany. W środku tego stanu zaszliśmy do Muzeum Bitwy, gdzie to znajduje się makieta przedstawiająca układ sił przed słynnym uderzeniem generała Kutrzeby w flankę nacierających na Warszawę wojsk niemieckich. Gdy spojrzy się na kraj dookoła – płaski i odkryty jak patelnia, to tym bardziej podziw musi budzić ten zwrot zaczepny Armii Poznań i Pomorze, nacierających, ale jednocześnie się cofających, pozostających w ciągłym natarciu i nieprzerwanym odwrocie. Bo wyobraźcie sobie – z przodu Niemcy, z tyłu Niemcy, Niemcy na południu, Niemcy na północy, na niebie Niemcy. Właściwie wszędzie, coraz bardziej, coraz bardziej dobitnie, coraz bliżej Niemcy… A i to dodać trzeba, że Niemcy są szybsi, bardziej mobilni, bardziej zmotoryzowani. Na miejsce rozbitej dywizji przysyłają dwie nowe a polski żołnierz nie śpi, nie ma chwili wytchnienia. A jednak w pierwszych dniach batalii polska armia odrzuca wroga, który musi cofnąć się o 20 kilometrów… I to wtedy, kiedy stukasy są już nad Warszawą… Dawido słucha tej wołoszańskiej tyrady przyglądając się mundurom polskich żołnierzy. Zwraca jego uwagę, że mundury są wąskie w ramionach. To drobni ludzie walczyli, nie jakieś herkulesy, to szczawiki sięgające nam nieraz do ucha…

No i co jeszcze nam zostanie z Kutna to nocny powrót. Czym byłby nocny powrót, gdyby nie odbywał się na skrawku podłogi przy kiblu. Tyle przygodnych znajomości tam zawarliśmy, byli i studenci informatyki i ekipa z zamojskiego liceum jadąca na rzeźbiarski plener do Iławy. Daliśmy kolejny wieczór autorski w PKP i bawiliśmy się przy tym jak dwa młode szczawie. Wzięto nas za maturzystów. Chyba jak na ludzi w okolicach trzydziestki mieliśmy w sobie za dużo radości życia…

Serdecznie zapraszam na kolejną odsłonę naszego wspólnego programu poetyckiego „Domino”, na które składają się wiersze Dawida Majera i moje. Tym razem będzie gościło nas miejsce naprawdę niezwykłe: Międzynarodowy Klub Morza „ZEJMAN”.


Międzynarodowy Klub Morza „ZEJMAN”
znajduje się w dawnym siedemnastowiecznym magazynie portowym „Steffen” pośród ruin na Wyspie Spichrzów i jest głównym miejscem życia kulturalnego żeglarzy w Polsce. Klubem zawiaduje Komandor Andrzej Dębiec i Bałtyckie Bractwo Żeglarzy. Panuje tu prawdziwy portowy genius loci. Co tam będę gadał… kto nie był w „Zejmanie” niech żałuje!


Gdańsk, piątek, 8 maja, godz. 20

Międzynarodowy Klub Morza „ZEJMAN”,Wyspa Spichrzów (ul. Motławska 1),

Wstęp: 3 zł


  • RSS