Łotewski autobus wiózł mnie na
południe. Zanim wsiadłem w Warszawie, zdążył już odwiedzić
Rygę i Wilno, później zahaczył jeszcze o Kraków,
Bratysławę, Wiedeń zawrócił na Budapeszt, minął Belgrad
by znaleźć się w Sofii. Większość tych miast mijaliśmy w nocy,
więc sprawiały wrażenie nierzeczywistych iluminacji stworzonych na
podobieństwo Bratysławy, Wiednia, czy Budapesztu. Tylko ponury
Belgrad był już szary i ranny, budzący się ze snu. Raz po raz
naszą drogę przecinał Dunaj i sunęliśmy wtedy ponad wielką
przestrzenią. Noc skryła węgierskie równiny i z gór
Słowacji trafiliśmy od razu w dzikie rejony Serbii. W dole wiła
się jakaś rzeka, a my raz po raz wjeżdzaliśmy w czeluście
tuneli. Lecz nim to się stało jeszcze jedna scena przykuła moją
uwagę – było to w mrocznym Szeged, gdzie stanęliśmy około
trzeciej w nocy. Wysiadał tam pewien metal a na dworcu witała go
grupa jego ziomali. Wszyscy długowłosi, w glanach, bojówkach,
wyekwipowani w pieszczochy na nadgarstkach, nazwy zespołów na
t-shirtach zapisane zakrwawionymi zgłoskami. Ta grupa laokoona
rozprawiała o czymś żywiołowo. O czym? W jakim języku? Nie było
słychać, gdyż wszystko oglądałem zza szyby a cała scena była
niema. Zanim zasnąłem przyszedł mi na myśl ten tytuł „metale z
Szeged”. Metale wszędzie są podobni i nad wyraz trwali, ze
świeżym dopływem mrocznych młodzieńców i zbuntowanych
nastek.

Następnego dnia w Sofii wyglądałem
na zagubionego. Nie miałem planu miasta i trochę czasu minęło,
zanim trafiłem do centrum, na placyk, gdzie było dużo stoisk z
książkami. Tam zakupiłem mapy Riły i Pirinu i obmyślałem nowy
plan. Lecz jako zagubiony – wielki plecak w wielkim mieście,
trekkingowe buty, kapelusz zwracałem na siebie uwagę. Nic dziwnego,
że podszedł. Przedstawił się jako „makedonian”, który
od trzech dni nie ma gdzie spać. People so cold in Sofia – mówił.
Nie mam za co wrócić do matki. Mówił płynną
angielszczyzną, w końcu gadkę tę powtarzał przecież dziesiątki
razy. Zrobię wszystko, co chcesz – masz pieniądze, podróżujesz
po świecie, („you have map a Rila”) i już proponował mi, że
zaprowadzi mnie na autobus do Rilskiego Monastyru, który
jeździ tylko raz dziennie. Jeszcze grzecznie podziękowałem. Lecz
to go wcale nie speszyło. Mówił teraz o pieniądzach albo o
czymś do jedzenia. Pewnie byłby to sposób, aby go szybko
spławić. Niestety wypłacone przed chwilą w bankomacie lewy miały
tylko grube nominały. Ruszyłem z powrotem w stronę dworca, ale
„makedonian”ruszył za mną. Teraz już coraz bardziej domagał
się „something”. Nie miałem „something” a cała sprawa
zaczęła mnie już wkurwiać, powiedziałem więc, że nic nie mam i
jeszcze „Go away”. Lecz „makedonian” (wybaczcie Macedończycy)
teraz już prawie wrzeszcząc lazł za mną a z nim jego cholerna
angielszczyzna. Powiedziałem ci wszystko, byłem szczery a you, a
you – wpakował we mnie wykrzyknik – you are a layer! I tak
uszliśmy jeszcze dwa przecznice chuderlawy okularnik uginający się
pod trzydziestokilowym plecakiem i narkoman wykrzykujący „you are
a layer! You are a layer!”. Teraz to już miałem ochotę jebnąć
go trekkingowym kijkiem i kiedy już myślałem, że nie będzie
innej możliwości, żeby uwolnić sie od napastnika, on w końcu
zrezygnował. Rozpłynął się w tłumie tak samo jako się
wcześniej pojawił. W tej chwili obiecałem sobie, że więcej się
nie przyznam do angielskiego, że nie wypowiem w Bułgarii słowa po
angielsku. Nie przyznam się do statusu europejskiego turysty, niech
już lepiej biorą mnie za niskobudżetowego Ruska. Walić angielski,
międzynarodówkę przewodników, walić japońskie
aparaty i „excuse me”.

Historia z „makedonianem” sprawiła,
że zapragnąłem wydostać się z miasta – jak najszybciej. Nie
szukałem już autobusu do Samokov – który odjeżdżał z
jakiegoś dworca południe. (nie wiedzieć czemu nawet w mniejszych
miastach zdarzały się dwa dworce autobusowe, nieraz oddalone od
siebie o sto metrów). Odnalazłem na mapie linię kolejową,
odnalazłem stację Kostenec, kupiłem bilet i upewniwszy się czy
pociąg jedzie we właściwym kierunku ruszyłem w stronę przygody.

Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi!