Wszyscy już spali w płytkich kolebkach dolin
Gaszono smutne ognie miast, ciemność tuliła
Do siebie szorstkie pola, długie czarne drogi
Wolno znikały ślady, zimny wiatr okrywał
Świat śniegiem (…)

Wojciech Kudyba, Pasterka na Rusnakowej

Najpierw były pocztówki. Z nich dowiedziałem się o istnieniu Giewontu, Trzech Koron, kolejki na Kasprowy. Nudne pocztówki z pudełkowych sanatoriów, blada PRL-owska zieleń, wyblakłe gierkowskie klomby. Nie mogło to się równać z pocztówkami, które dziadek przywoził z rejsów. Tam był inny głębszy błękit, zieleń bardziej soczysta, powierzchnia widokówek bardziej błyszcząca. Niemniej marzyłem o polskich górach, bo była to przygoda dostępna dla każdego. Wychowany na rodzinnych autostopowych opowieściach, w których tato mówił o sobie jako o „starym traperze” (co wydaje mi się dość śmieszne, kiedy jestem w jego ówczesnym wieku) z niecierpliwością oczekiwałem, kiedy sam będę mógł podróżować w taki sposób. Ojciec miał prawdziwe „traperskie” buty, które zachowały w sobie pamięć beskidzkich i sudeckich szlaków, tatrzańskich grani i ścieżek Jury. Marzyłem o takich butach i był to atrybut prawdziwego mężczyzny. Na razie musiałem się zadowolić niewielkim plecaczkiem i adidasami na przylepcach. W góry jeżdziłem już wcześniej, ale to się nie liczyło, bo to były wczasy, jakieś pólwyjazdy z obiadami w stołówce i wycieczkami fakultatywnymi, do Wisły, do Szczawnicy. Aż w końcu ojciec uznał, że dorosłem do „wyprawy”. Wymawiał to słowo z.pewną emfazą. Miałem czuć, że uczestniczę w czymś wyjątkowym. I w istocie – było to wyjątkowe doświadczenie. Teraz to ja wysyłałem pocztówki, tato nie kontrolował tego, co tam wypisywałem, przez co mama musiała w domu dostawać palpitacji. W kartkach tych zwykły nocleg na polu biwakowym pozostawiał ślady kamieni na naszych plecach, zwykły przejazd PKS-em oscylował na krawędzi wypadku przy niedomkniętych drzwiach i górskich wirażach, burza moczyła nas do suchej nitki a pioruny biły w bezpośredniej bliskości. Na szczęście zdążyliśmy wrócić zanim większość kartek dotarła do Wrzeszcza. Trasa nasza: Stary Sącz-Przehyba-Szczawnica-Sromowce-Czorsztyn-Krościenko-Lubań-Ochotnica miała swój ciężar, kiedy przypomnę sobie ciężki żółty plecak ze stelażem, który dźwigał ojciec albo swoje krótkie dziesięcioletnie nogi. Spaliśmy w starej jedynce – namiocie z masztami, bo czasy te nie znały jeszcze zwiewnych iglo. Przehyba była pierwszą górą na naszej trasie, osiem godzin ze Starego Sącza to dla dziesięciolatka był prawdziwy chrzest bojowy. A później nocleg koło starego drewnianego schroniska pod woalem gwieździstej nocy wsiąkł we mnie na zawsze.

Nic dziwnego, że gdy zadzwonił Wojtek Kudyba i powiedział, że „pójdziemy na Przechybę”, nazwa ta momentalnie mnie zaeletryzowała. Wolę zresztą wymawiać ją jako „Prehybę”, gdyż to brzmi ostrzej, chociaż mowa przecież o łagodnym zalesionym beskidzkim wierzchołku. Tak, Wojtek, bardzo się cieszę, Przehyba to dla mnie mityczna góra, pierwsze poważne wejście w moim życiu… I już w pociąg wsiadałem, przez zimę surowszą niż zwykle jechałem, przez zaskoczenie drogowców, pod gościnny dach Kudybów w Nowym Sączu. Pomysł wspólnej górskiej wycieczki zrodził się już ponad dwa lata temu, kiedy Wojtek wydał tomik Gorce Pana, gdzie udało mu się oddać porywisty rytm gorczańskich potoków i niemal mistyczną euforię towarzyszącą wieczornym wypadom w góry. Padło zatem, że razem zrobimy Przehybę. Prawda, że tylko drogą z Gabonia, ale zima powiększa odległości, śnieg rozrzedza przestrzeń. Na górze nie było znanego mi sprzed dwudziestu lat schroniska, strawił je pożar. W nowym budynku zaskoczył nas tłumek narciarzy biegowych, ale wystarczyła chwila, żeby jadalnia całkiem się wyludniła. Mieliśmy mało czasu, więc czas było wracać. Pomyślałem, że trzeba tu wejść zimą żółtym szlakiem, przez nieprzetarty śnieg, żeby zapaść w zimę i sen…
Wróciłem, żeby wrócić. I to było dobre.