nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: rila

Dzień dziesiąty
Pozostawiłem za sobą schronisko Iwan Vazov. Po raz pierwszy od tygodnia poniżej 2000 metrów…. Bardzo strome zejście do Rilskiego Monastyru. Mijałem kolejne piętra roślinności, stada koni i bydła pasące się na halach. Koło pasterskiego szałasu wyczuły mnie psy, usłyszałem zbliżający się jazgot. Na szczęście stary pasterz przywołał je głośnym okrzykiem. Zawróciły. Mgły przepływały nad łąkami, nad brzegami lasów. Dzisiaj pejzaż miał posmak delikatnej akwareli. Gdyby tylko pojawił się wiatr mógłby zdmuchnąć obłoki, zdmuchnąć sywetki gór… Monastyr zobaczyłem z wysoka, nie większy niż pudełko zapałek. Nieraz musiałem pokonywać zwalone pnie, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę błoto, które utrudniało marsz. W  dolinie dopadła mnie cywilizacja, długi sznur aut przesuwał się wzdłuż drogi. Wszedłem na dziedziniec monastyru. Pogoda kiepska, kolory zgaszone – odbierały pięknej budowli jej blask. Nie mogłem wejść z plecakiem do głównej świątyni. Zresztą tłum turystów do tego nie zachęcał. Żadnych mistycznych wzruszeń, atmosfera pikniku. Ludzie kłębili się przy stoiskach z dewocjonaliami. Całe armie świętych, po jeden lewa od sztuki, ikony, obrazki, obrazeczki, krzyżyki, pocztówki. Matka Boża, św. Iwan Rilski. Zauważyłem, że Bułgarzy nie uznają dresu za obciachowy strój i śmiało wchodzą w trzech paskach do cerkwi. Widać im dalej na wschód – mocniej świeci znak adidasa… Poczłapałem na tani kemping, kilometr za świątynią. Tam – po raz pierwszy od dawna mogłem wziąć ciepły prysznic.

Dzień jedenasty
wypadł w niedzielę. Wstałem wcześnie rano i poszedłem do monastyru. I teraz zastałem go w pełnym słońcu! Promienie wsiąkały w kopuły i wypełniały je blaskiem. Dziedziniec był wyludniony jeszcze a w cerkwi rozbrzmiewał tubalny śpiew mnichów. Pojedynczy ludzie wchodzili do środka i zapalali świece. Spędziłem tutaj około pół godziny wsłuchany wszystkimi zmysłami w przestrzeń. Tak, o tej porze cerkiew nie sprawiała wrażenia wydrążonej, wiara zachowywała swoją kameralność, czuć było majestat. A potem? Maszerowanie przez muzealne sale wypełnione sprzętem liturgicznym. Możnaby tutaj wrzucić coś o historii Rilskiego Monastyru… Możnaby. Ale pozostanę na zewnątrz, tak jak wtedy pozostałem mijając w pośpiechu kolejne sale. Całe obszary historii nieznane u nas na północy. Dlatego nie jeżdżę na zachód, ale na wschód i Bałkany, które są bardziej niedookreślone. Nie ma w tym nic oryginalnego – wcześniej przecież już Stasiuk, Wilk, Hugo-Bader… Wielkie przestrzenie, które można wypełnić swoim gadaniem i obecnością. Jakąś godzinę łapałem stopa. Zatrzymał się stary wóz – dwójka młodych Bułgarów, jeden typ a la John Lennon, okres hippisowski i jego rokendrollowa żona. Jeszcze niedawno sami jeździli stopem, wiedzieli jak to jest. Teraz cieszyli się nowym-starym dwunastoletnim citroenem. Wysadzili mnie przy wyjeździe na autostradę. Pierwsze co poczułem to gorąc! Riła została za mną a ja znajdowałem się na suchej równinie… Było chyba ze 40 stopni. Nic się nie chciało zatrzymać.  Z przeciwnej strony drogi obojętnie moim wysiłkom przyglądał się flegmatyczny osioł.
W końcu stwierdziłem, że …erdolę. Błagoevrad jest  przecież 7-8 km dalej a tam jest dworzec autobusowy. Ruszyłem wzdłuż drogi. Wielkie ciężarówki raz po raz przetaczały się obok, wprawiając powietrze w drżenie. Na skrzyżowaniu dróg spotkałem tirówki. Jak jaskrawe ptaszyska defilowały na brzegu szosy.
-Hej chłopcze, nie za ciężko ci?! chodź do nas…
Wyminąłem ich chichot i twardo maszerowałem dalej, zmaltretowany przez lejący się z nieba upał. W końcu pokazały się bloki Błagoevradu. Nie czas było na zwiedzanie. Zapakowałem się do autobusu i ruszyłem w stronę Pirinu.
W Bansku smutna konkluzja, że i tutaj singlowi wiatr w oczy. Nocleg za 15 lewa znajdziesz, owszem – w czteroosobowym pokoju. A im głębiej w miasteczko, coraz bardziej wypuckane, ceny w kosmos rosną. W dwugwiazdkowych kwaterach brak miejsc. Do trzech gwiazdek nawet nie zaglądam. Pod czterema czuję się jak menel. Jakby naraz w tej okolicy zebrały się pieniądze, wielkie i brudne. Gdzie indziej rozpad, głęboki Żiwkow, beton w krzaczorach. Tutaj – szkło, dzrzwi rozsuwane, parkują mechaniczne konie, fool wypas. Bansko rośnie, Bansko puchnie. Hotel za hotelem, ulica po ulicy. Jest dziesiąta wieczór, ciemno. To znaczy jasno, palą się neony a te gwiazdki szydzą ze mnie. A ja wcale nie aspiruję, wcale nie zazdroszczę. Wychodzę szosą w kierunku gór. Niebo gwiaździste. Kładę się pod gołym niebem. I próbuję spać. Temperatura wciąż spada. O pierwszej jednak rozbijam w zagajniku swój namiocik.

Dwunasty dzień
zastaje mnie w pobliżu narciarskiej trasy. Ruszam w stronę Wichrena. Na szlaku napotykają mnie przeszkody. Ktoś pozwolił wedrzeć się w park narciarzom. Im słabsza struktura państwowa, tym łatwiej poprzesuwać przepisy, dać się wedrzeć biznesowi w przyrodę. Zimą będą tu wyciągi, teraz na brzegu lasy ryją ziemię koparki i spychacze. Szlak jest nie do przejścia, trzeba nadrabiać drogi wijącą się w stronę chyży szosą. Kieierrowca spychacza coś wrzeszczy na mnie, po tonie słychać, że same przekleństwa. A taki siaki – odpowiedziaałbym mu – zabieraj stąd swój złom, ja tu jestem bardziej na miejscu, jak zwierzę, któremu codzienną trasę nagle przecina industrial. Klnę pod nosem, a kiedy zapadam się w rozjeżdżonym błocie na cały głos.
NNNaaarciarze. Przyjeżdża taki zimą i zbuduj mu wyciąg żeby zawiózł dupę do góry. Postaw szkaradny budynek, żeby gdzieś mógł pożyczyć narty, wpieprzyć grillowe żarcie, poszpanować w przeciwsłonecznych okularach.
Na szczęście wkrótce narciarskie trasy się kończą. Idę przez stary piękny iglasty las. Czy tak wyobrażałem sobie Kalifornię? W chyży zostawiam rzeczy. Dostaję do użytku zamykany na kłódkę mały domek. Wichren (2914) wydaje się już być w zasięgu ręki. Włoch spotkany na trasie twierdzi, że już tuż, tuż… Ale kiedy wychodzę na halę pod wierzchołkiem zapiera mi dech. Przede mną stoi olbrzymia wapienna piramida. Ogrom! Potęga! Jakaś ścieżynka przecina zbocze a po niej wędrują tycie jak roztocza postacie. Wszyscy schodzą, bo już późno. Jako jeden z ostatnich zmierzam w kierunku szczytu. Kiedy znajduję się na wierzchołku jestem już zupełnie sam. Stada wrończyków pękają w locie. Suche masywy, dzikość. A w dole (dwa kilometry różnicy wysokości!) Bansko, skąd wyruszyłem rano. Dwadzieścia minut ciszy z wiatrem, widokiem, samotnością. Szczytowy moment – bo Wichren to góra wyjątkowej urody, wżynający się w niebo śmiało, jak ostrze noża.

Trzynasty dzień
a ja idę i idę. Pirin jest bardziej suchy. Mniej jezior, mniej połonin. Właściwie o czym pisać? W środku jestem cichy. Krajobraz przepływa przeze mnie harmonijnie. Moję imię dzisiaj: przeźroczystość. To jeden z tych szczęśliwych dni, kiedy można o niczym nie myśleć. Podejście za podejściem, przełęcz za przełęczą, nocleg za noclegiem.
Patrzenie zastępuje myślenie. Spojrzenie staje się myślą.
Kiedy przeglądam zdjęcia z tego dnia zauważam, że w jednym z jezior zauważyłem kijanki. Zastanawiają mnie te żaby na wysokości ponad dwóch tysięcy. Przecież są tu w nocy, niskie temperatury, sierpień kość marźnie na kość… A jednak życie wciska się między te kamienie.
W Demte Ozera pozwalają mi rozbić namiot. Wysokość 2512 metrów, to będzie bardzo zimna noc…

Dzień czternasty

Jeszcze jedno krótkie podejście i otwiera się widok na ogromną dolinę, która wyprowadzi mnie z tych gór. Jej dnem idę, znów stada bydła. Na kamieniu znajduję bielutki krowi czerep. Jest jedna z tych chwil, które trwają dużo dłużej niż tam, gdzie masz jakieś punkty zaczepienia. Cięcie.
Jest wczesny wieczór, minąłem już chyżę Pirin a majestat masywu został już za mną. Teraz już tylko schodzenie…
Na polanie dostrzegam parę Czechów, których widziałem godzinę temu w schronisku. Mijałem ich zresztą już przedwczoraj podczas postoju. Kolejni znajomi z widzenia, o których myślisz, że byliby fajną kompanią w jakiś wieczór przy ognisku lub pubie.
-Szli ludzie z dołu i mówili, że dalej szlak jest słabo oznakowany, łatwo się zgubić – mówi do mnie po angielsku znajomy z widzenia. – My tu szukamy miejsca na nocleg.
-Dziękuję – również odpowiadam swoim drętwym angielskim, który nie nadąża za tym, co pomyśli głowa – Ja też tu się rozbiję.
Rozstawiamy namioty.  Po dwóch stronach polany, w odległości pięćdziesięciu metrów, tak, żeby zachować prywatność. Ale jednak gburowato tak alienować się, skoro jeszcze nie jest zupełnie ciemno. Moi znajomi z widzenia siedzą na trawie i rozmawiają. A przecież wiem, że Czesi, kameraty… Idę więc. Zapytam skąd idą i dokąd. Fajnie jutro zejść razem, trochę pogadać, pomilczeć.
Zaraz zapraszają mnie na kawę, woda już się grzeje na gazie…
-Mówcie do mnie po czesku, sporo rozumiem – mówię już na wstępie, zaraz po przedstawieniu się.
Tomas i Mihaela są w poślubnej podróży. Przyjechali w Pirin znad morza a teraz kończą już trasę w Melniku. Tomas, kiedy słyszy, że jestem Polakiem, mówi, że podobają mu się wiersze Norwida.
-Aaaa, to znakomicie! – cieszę się – i mówie po czesku: Ja sem polski basnik!
Norwida Tomik (tak zwraca się do niego żona) czytał po czesku a potem nawet kupił sobie jego wybór po polsku. Co ciekawe Tomik wykłada robotykę na politechnice w Brnie.
Dużo rozumiem polskiego – mówi  – była u nas polska telewizja, mieszkałem niedaleko granicy – tam gdzie Góry Opawskie…
-Świetnie, świetnie – a ile masz lat? – pytam.
Okazuje się, że jest rok ode mnie starszy.
-No to oglądaliśmy te same dobranocki! – śmieję się. -Pamiętasz jak w osiemdziesiątym ósmym zaczęli puszczać Smurfy?
No ba, jakby nie miał pamiętać. Już wymieniamy adresy.
-Moje wiersze były nawet przetłumaczone na czeski – mówię wpisując mu do notesu swoje namiary – była taka audycja w Radiu Wełtawa. Z muzyką Joy Division i Brela…
-Aaaa, to jam moze i słyszeł – odpowiada  – tam była taka basznia Jack Sparrow? – I przytacza po czesku linijkę mojego wiersza.
-No tak. – ja na to.
-To se ty?
-To sem ja!

Dzień siódmy

Rano Bogdan udał się na poszukiwanie wody. Wrócił z napełnioną butelką, ale żółta ciecz nie budziła zaufania. Po krótkiej wymianie zdań z Filipem postanowili ją wylać.
Wyszli znów na dwór i wrócili kwadrans później, teraz już z czystą wodą, którą zaczerpnęli z górnego biegu strumienia. Czesi ruszali już w drogę – w stronę Ribnych Ozer. Bułgarzy nie spieszyli się.
Okazało się, że moi nowi przyjaciele zostali w schronie celowo. Bogdan starannie zamiatał podłogę.
-Tego nauczyłem się w wojsku – żartował – zamiatać.
Nie ruszyliśmy na szlak póki schron nie wyglądał tak jak przed naszym przybyciem. Nie dość na tym – Bogdan przez całą trasę niósł worek, do którego zbierał porzucone na szlaku niedopałki i papierki po batonach. Interesowało go, jak Polacy szanują swoją przyrodę. Czy Tatry są zaśmiecone? – pytał.
Byli znakomitymi kompanami. Starałem nauczyć się jak największej ilości bułgarskich słów.
Tego dnia pogoda była mglista, zimno oblepiało nasze kurtki. Pokonaliśmy kawałek szlaku ubezpieczony linami. Był dość trudny jak na Riłę, przypominał łatwiejsze odcinki Orlej Perci. Decyzja wczorajszego pozostania w Kobylino Braniste była więc słuszna. Chłopakom imponował mój przewodnik Bezdroży – zwłaszcza profile tras, ze szczegółowym kilometrażem. Prawdopodobnie miałem najlepszy przewodnik w Bułgarii. Filip ochrzcił go „kniżką Artura”. Na każdym postoju, kiedy zasiadaliśmy nad mapą chłopacy pytali: Artur a sztoż skażet twoja kniżka?
Zwykle okazywało się, że czas przejścia podany w ” kniżce” był zbyt optymistyczny.
-Człowiek, który pisał przewodnik musiał bardzo szybko iść, nie wliczając postojów i ciężaru plecaka – stwierdził Bogdan, kiedy jego pierwszy zapał wobec przewodnika już opadł.
Potem żartowali – że kniżka oddziaływuje na mnie psychologicznie. Czytając w przewodniku – że do schroniska tylkie dwie godziny, mobilizowałem się popychany naprzód myślą, że to już niedaleko. Tymczasem z dwóch robiły się zwykle cztery.

W kolejnym schronie  (Strasne Ozero) zrobiliśmy dłuższy postój. Z niewiadomych przyczyn regulamin użytkowania był w trzech językach – bułgarskim, niemieckim i… polskim. Wokół roztarczał się prawdziwie groźny alpejski krajobraz – poszarpane granie i niedostępne ściany. Tego dnia Filip miał kryzys formy i zostawał z tyłu. Wyprzedziłem moich przyjaciół i straciłem ich z oczu. Potem czekałem na nich siedząc na dużym głazie. Wyraźnie ucieszyli się na mój widok. Tworzyliśmy już team. Tuż przed schroniskiem Majlovlica zgubiliśmy szlak i przedzieraliśmy się przez wielkie głazowisko. Siąpił deszcz, więc zejście po śliskich kamieniach było dośc niebezpieczne. Chyże Majlovica okazała się dużym dobrze zaopatrzonym schroniskiem. Umieszczono nas w pokoju z małżeństwem Francuzów, które zgodnie czytało książki z godną podziwu zachłannością.W korytarzu słysząc język polski zaczepił nas sympatyczny pan z Kielc. Zdziwił się, że tworzymy bułgarsko-polską ekipę. Wziął nas za Polaków… Siedzieliśmy w świetlicy i oglądaliśmy telewizję. W dzienniku bułgarski premier waląc pięścią w stół mówił o walce z kryzysem. Dziennik zajmował się też ważkim problemem czy znane bułgarskie danie  – szopskaja sałata jest szopskaja czy serbskaja? Poczułem – że jednak jest to dużo mniejszy kraj od naszego. Przynajmniej przez szybę ekranu wyglądał bardziej kameralnie, świat wydawał się odległy i mniej rzeczywisty.

Opowiadałem chłopakom o tym jak w Polsce zdobywam korone gór polskich. Wzbudziło to ich szczere rozbawienie. W Bułgarii nikt by nie pomyślał o tym, żeby chodzić po górach z takim kluczem. Niemniej Filip pokazał mi książeczkę towarzystwa krajoznawczego, gdzie wymieniano sto najsłynniejszych atrakcji turystycznych w całej Bułgarii. Dotąd miał około dwudziestu pieczątek. Błądząc palcem po mapie opowiadał o ciekawych miastach, które znajdują się w Rodopach. Dowiedzialem się o istnieniu szlaku e3, który idzie przez całą Bułgarię -od granicy z Serbią, przrez pasmo Starej Płaniny aż do Morza Czarnego. Myśl wyprawy tym szlakiem zawładnęła mną całkowicie.Jeden z pracowników schroniska obchodził urodziny. Miałem dzięki temu okazję zobaczyć tradycyjny taniec choro. Trzymając się za ręce młodzi ludzie tańczyli przy dźwiękach bułgarskiego folku.

Dzień ósmy…

przyniósł zdobycie słynnej Majlovicy (2729), której północna ściana stanowi największe wyzwanie dla wspinaczy w Rile. Po drodze minęliśmy cmentarzyk ludzi gór – otwarta książka górskich tragedii. Od Himalajów po Alpy Julijskie, Pirin i Riłę. Zadziwiały nas też pasące się na halach konie, które samopas wchodziły niemal wszędzie. Na szczycie Majlovicy robiliśmy sobie fotki – pokazaczyłem trochę i położyłem się na skraju przepaści. Na innym zdjęciu, które Filip zrobił z samowyzwalacza – wszyscy trzej w kapeluszach wyglądamy jak trzej muszkieterowie. Szlaki były prawie puste, tylko na samej Majlovicy była spora grupka turystów – oczywiście Bułgarzy, Czesi, Polacy, była nawet para z Izraela. To paradoks, że globalizacji doświadcza się najbardziej na górskich szlakach. Jeszcze taki obrazek został mi  z tego dnia – na grani była spora szczelina, która chroniła nas przed wiatrem. Bogdan gotuje czaj na gazowej maszynce. Biorę w zmarznięte dłonie ciepły kubek i cieszę się tym zimnem, herbatą i mgłą…
A na koniec dnia – widzimy już dolinę siedmiu jezior. Wtedy spotykamy „rodzinę Moro” – ojciec ubrany w stylu wędkarsko-militarnym, za nim podąża żona, córka podlotek i trzech malców. Taki patriarchalny obrazek…

W dolinie sidmiu jezior jest już Białe Bractwo – tysiące namiotów obsiadły wzgórza, wyglądają zza krzaków kosodrzewiny, pstrokacizną tropików, pulchnymi kształtami iglo. O bractwie niewiele można w Polsce przyczytać, chyba że w jakichś wróżkach, nieznanych światach nie z tej ziemi. Sektę założył Peter Dynow na przełomie XIX i XX wieku. Posiadał wysztacenie medyczne i teologiczne, komponował też muzykę do tańców, które dzisiaj uczniowie uprawiają niczym jogę. Raz do roku w sierpniu Bractwo zbiera się w dolinie siedmiu jezior, w środku parku narodowego by tańczyć, zdobywać harmonię z naturą itd. itd. Ten ekologiczno-religijny sos mało mnie przekonywał, kiedy widziałem zadeptywaną przez członków Bractwa dolinę. Setki ludzi ubranych na biało dreptało do żródełka po butelkę wody i było po raz pierwszy w czasie całej podróży tłoczno jak w Tatrach. Na te wszystkie imprezy Bractwo dostaje zezwolenie do bułgarskiego rządu. Wyobraziłem sobie, co by się działo, gdyby taki ruch działał w Polsce… Zabrakło mi nagle wpływów naszego Kościoła, poczułem, że jeden z głównych języków, który weryfikuje rzeczywistość, tutaj jest nieobecny – groźne słowo sekta traci swoją moc, w chwili gdy rząd zmienia prawo (w całej Rile nie wolno biwakować) dla jakiejś niuejdżowskiej grupy religijnej. Ale być może – stosunek rządu do tej grupy jest wyznacznikiem wolności – za komuny Białe Bractwo przetrwało w podziemiu i swoje obrzędy odprawiało w tajemnicy. Takie doświadczenie konsoliduje grupę, przetrwali i są liczni, przybywają z całego świata… Po prawdzie w obozowisku Białego Bractwa znajdowały się czarne owce. Na przykład mój czarny polar krążył bezkarnie wśród białych koszulek polo – a nasze dwa nieoznaczone namioty przycupnęły na jednej z namiotowych uliczek wijących się wśród krzaków koserzewiny i skał. Było więcej takich czarnych donpedrów jak my.
Następnego dnia idąc do kibla zauważyliśmy przygotowane do drogi wielkie plecaki i zwinięte już namioty.
-Patrz, Biełyje Bractwo – tak kak my – powiedziałem i wskazałem palcem swój polar.
-Białyje Bractwo, cziornyje bractwo – zaśmiał się Bogdan.

Dzień dziewiąty

Przed południem, bez plecaków obeszliśmy dolinę siedmiu jezior. Śniadanie jedliśmy w dużym nowym schronisku, które wyrosło na końcu krzesełkowego wyciągu. Rozmowa toczyła się na temat standardu w górskich schroniskach. Polskie mają trochę lepsze warunki niż bułgarskie.
-A to? – spytał Bogdan.
Siedzieliśmy w wypasionym eleganckim barze.
-To, nie chyża, to hotel – obruszyłem się, wzbudzając rozbawienie kolegów.
Ten dzień był już ostatnim w naszej wspólnej podróży. Filip wracał do Płowdiw, Bogdan został w dolinie Siedmiu Jezior a ja ruszyłem do schroniska Iwan Vazov. Odprowadzili mnie na przełęcz. A nawet na zmianę taszczyli mój ciężki plecak. Przypomniała mi się pieśń o przyjacielu Wysockiego i zrobiło mi się „żałko” na duszy. Teraz ja tam a oni tam, czy się jeszcze kiedyś zobaczymy? Serdecznie uściskałem obydwu. I zstępowałem rozległą połoniną w kierunku Iwan Vazov.
Nagle zauważyłem korowód znajomych postaci. To ojciec Moro ze swoją rodziną, z którym rozmawialiśmy wczoraj.
-A czemu dzisiaj sam? – spytał patriarcha.
-To byli moi przyjaciele z gór, szliśmy razem kilka dni a teraz oni tam, a ja tu – wyjaśniłem. -Oni Bułgarzy a ja Polak.
Poprzedniego dnia nawet nie zauważyli, że jestem z zagranicy. Wyglądałem po prostu za najbardziej nieśmiałego z naszej trójki.
-A my byliśmy tam – powiedziała żona Pana Moro. – i wskazała na najwyższy szczyt rysujący się na horyzoncie.
-I wsie tam byli, malcziszki toże? – spytałem.
Potwierdziła.
-Minienki gieroi! – pochwaliłem malców swoim dziwaczno ni to rusko ni to bułgarskim językiem.
-Minienki gieroi! – zaśmiała się Pani Moro – i dłonią zmierzwiła włosy najmłodszemu z chłopaczków. -On trochę po rusku – mówi zwróciła się do męża.
Naprawdę – dopiero z trzydziestokilowym plecakiem czuję się dopiero jak prawdziwy facet, dopiero wtedy ważę tyle co Tomasz Adamek…
-No nas już czas! Wycieczka, naprzód – zakomendorował po bułgarsku Pan Moro. I ruszył pierwszy a za nim żona z córką i gęsiego chłopcy…
Teraz poczułem się naprawdę sam.

Ale dzień wymyka się narracji. To nie był jeszcze koniec przeżyć tego dnia. Pogoda była śliczna. O godzinie siedemnastej znalazłem się w schronisku. Było puste. Spytałem chłopaka z recepcji czy mogę zostawić plecak w jadalni. Na tym pustkowiu niektórzy pozwalali sobie nawet zostawiać rzeczy wprost na szlaku, na rozstajach dróg. Rzecz w Polsce niebywała. Ruszyłem dalej, na lekko. Upajałem się przestrzenią i tą lekkością – bo bez plecaka, który wciskał mnie w ziemię od dziesięciu dni czułem się lekki jak piórko, dwa centymetry nad ziemią. Szedłem szlakiem, zgubiłem szlak, to poszedłem ścieżką, ścieżka się urwała, to zacząłem wchodzić na strome zbocze, które było rodzajem łagodnej przepaści. Wcześniej zdążyłem minąć pasterza na mule. Jakąś porzuconą ciężarówkę na brzegu drogi. Południowe zbocza Riły stanowiły już zapowiedź suchego Pirinu. Było pięknie, bajecznie księżycowo. Wlazłem na szczyt – miał 2664 metry. Riłę było widać jak na dłoni – cała trasa, którą przebyłem – wreszcie wyburzyła się zza chmur Musała, sylwetka Majlovicy była nader wyraźna. Za mną świat oswojonych nazw, przede mną jeszcze nie wypełniony doświadczeniem i drogą abstrakcyjny Pirin.
Oto jedno z tych miejsc granicznych, gdzie dusza wylewa się z ciała i łączy się z górami, przestrzenią obłoków.
Boże, jaki jestem szczęśliwy! – zabrzmiało w środku czysto i wyraźnie.
Schodziłem powoli z góry, przez zakręt śmierci, za którym zniknęła piękna panorama. Zmrok zmieniał już barwę masywu. Ostatnie promienie słońca wyciekały ze skał.
To już dzisiaj koniec?
Tak, dzisiaj to już koniec.

PS.
Blog Filipa (po bułgarsku) opowiada również o naszej podróży i ilustrowany jest pięknymi zdjęciami

http://fil-travel.blogspot.com

A to muzyczna podróż do Bułgarii:
Isihija

Riła,
dzień piąty: z Chyży Grynczar w kierunku Ribnych Ozer. Połoniny
położone na wysokości 2500 metrów. Upojenie powietrzem,
marszem. Połykanie kilometrów i krajobrazów. Ogrom
masywów, mnogość jezior…

Jeziora
niebieskie, błękitne, zielonkawe a czasem tak przeźroczyste, że
z odległości kilometra widać każdy kamyczek na dnie…
Przyzwyczaiłem do chyży, do narciarskich prześmierdłych kibli. W
schroniskach kupowałem „odno bira” i wyczekiwałem na to, co się
zdarzy. W Rybnich Ozerach spotykam Polaków – Julka i Jaś
jak się okazało dotarli do Bułgarii tym samym autobusem –
wpadliśmy na siebie po prawie tygodniu idąc z różnych stron
pasma – oni z zachodu, ja od wschodu. Wymieniamy się namiarami,
ale nie ma tu zasięgu komórek – nowi znajomi znikają
gdzieś w ciemnościach, nie mogę odnaleźć ich namiotu. W
schronisku za to zakwaterowany jestem z czeskim małżeństwem – rano
wyruszam w ich towarzystwie na szlak. Oprócz nas są znajomi z
widzenia – dwóch Bułgarów (tych od pieska),
niezidetyfikowany Irokez – chyba z Wielkiej Brytanii. Początkowo
przedzieramy się przez gęstwinę kosodrzewiny, potem pokonujemy
jakiś szczyt. Ian prowadzi, jego żona i ja drepczemy z tyłu.
Doganiamy Bułgarów częstują nas herbatnikami. Pogoda jest
zmienna, wkrótce opada na nas mgła, groźnie się chmurzy nad
graniami. Docieramy do schronu – „zasłony” Kobylino Braniste.
„Zasłona” przypomina szopę albo działkową budę zbitą z
desek. Nad wejściem wisi czerep zdechłej krowy. W środku dziesięć
pryczy, piec – można napalić i się ogrzać. O dziwo wszystko to
stoi tutaj już ze czterdzieści lat…

 

od lewej: Bogdan, Arturo, Filip

Ian
z żoną decydują się zejść do Rilskiego Monastyru – kończą
im się zapasy. Ja i Bułgarzy zostajemy. Bogdan i Filip, bo tak się
nazywają moi nowi towarzysze, są inżynierami z Płowdiw. Bogdan –
to ten uśmiechnięty w rybackim kaplindrze, Filip – to uważny
fotograf. Okazuje się, że piesek odłączył się od nich w Rybnych
Ozerach. Uwijamy się w naszym przygodnym gospodarstwie – z
niedalekiego szałasu pasterskiego przynosimy drzewo na opał. Po
obejściu kręcą się kury, szczeka duży przywiązany do budy
pasterski pies. Bogdan wrzucając drewno do pieca mówi, że
piece tego typu można spotkać w całej Bułgarii. Tymczasem Filip
coś notuje w niewielkim kajecie. Zagadnięty o to, odpowiada, ze
pisze bloga. Każdy dzień podróży ilustruje zdjęciami i na
bieżąco stara się już dopasować do nich opis, póki ma
wszystko świeżo w pamięci. Przez otwarte drzwi „zasłony”
patrzymy na szalejący na zewnątrz żywioł – burza z piorunami i
ściany deszczu. My tymczasem grzejemy się w ciepełku. Dzielimy się
jedzeniem – Bogdan podaje mi „biskuity” (herbatniki)
posmarowane jakąś apetyczną mazią. Ma tego cały słoik -maź
nazywam na swój użytek „specjałem Bogdana”. „Specjał”
jest bardzo pożywny. Dwa biskuity i jakbyś kanapkę zjadł. Później
Bogdan zdradził mi tajemnicę przepisu. Jest on bardzo prosty.
Bierzemy pół słoika miodu i mieszamy pół na pół
z „hazanem”, znaczy sezamową chałwą. Trzeba tę mieszankę
dobrze wybełtać i gotowe. Niestety za te pyszności mogę się
zrewanżować chińską zupką i konserwą – przedstawiam te dania
chłopakom jako „polsko-kijtajskij sup.” i „polsko-tyrolskoj
konsierwu”. Jemy sobie, zakąszamy a na dworze leje i leje. Nagle
staje w strugach deszczu zakapturzona postać. Zielony płaszcz w
ostrym kapturze, normalnie desant z Rivendell. Machamy do postaci
przyjaźnie – choć do nas! Bywaj! Tu Bywaj! Postać wchodzi. Już
myślimy, że zyskaliśmy czwartego towarzysza, ale gościu
wyprowadza nas z błędu:

-Ale
nas jest sześćiu! – mówi.

I
wchodzą teraz gęsiego do szopy, jeden za drugim, w identycznych
płaszczach, parując deszczem, śmierdząc potem i zmęczeniem.
„Sześciu Czecha”, ale nie – w tym komandzie są i dziewczyny.
Cała niewielka powierzchnia schronu wypełnia się momentalnie
buciorami, skarpetami i prędką czeską mową. Czesi rżną w karty
przekrzykując się i przekomarzając. Być może to jest wyższość
samotnej wędrówki; grupy przyjacielskie wyjeżdżąjące w
góry tak naprawdę mentalnie nigdzie nie wyjeżdżają,
Rozgadani, skupieni na własnych przywiezionych z domu wątkach,
czują się bezpiecznie i nie potrzebują ludzi z zewnątrz. Potem
wrócą do domu i w tym samym gronie będą oglądać zdjęcia
z Riły, przypominając sobie lapsusy i dowcipy popełnione w drodze,
zaczynając lekturę fotografii od wyrazu własnych twarzy…

Po
zmroku pod szopę podchodzi puszczone samopas stado krów.
Wypełniają nocną ciszę niepokojącymi szmerami. Ktoś zamyka
drzwi. Pomieszczenie wypełnia ciemność i chrapanie. Nim zasnę
będę chłonął rozległość tej nocy….


Musała


Musała…
czyli Mus Allah… Tron Allaha. 2925 metrów wysokości,
najwyższy szczyt Riły i całych Bałkanów. Szlak z Borovca
nie był zbytnio uczęszczany, można powiedzieć, że pusty. Chmury
zasnuwały szczyty, szedłem wzdłuż głębokiej doliny, niewiele
widząc. Piętra roślinności w Rile różnią się od naszych
tatrzańskich. Wszystko rośnie wyżej; wyżej sięga las iglasty,
wyżej podchodzi kosodrzewina a połoniny sięgają 2500 metrów.
Podejście na Musałę od północy jest skaliste i dużo
trudniejsze niż trawiaste południowe zbocza. Góra jednakże
pokazała mi swój majestat dopiero wieczorem, kiedy wyszło
słońce. Nocowałem w „chyży” Musała, na wysokości 2389
metrów. Wielkie schronisko było w remoncie, zamiast niego
funkcjonował mały baraczek. Rankiem – cudowna widoczność. Ani
jednej chmurki, skały odbijały się w idealnie czystych jeziorach.
Gorąc. Piłem wodę z jezior, nabierałem wody na gąbkę i
przecierałem spoconą twarz. Coraz wyżej i wyżej. Szedłem
szczęśliwy, bo nigdy nie wszedłem tak wysoko. Im bliżej szczytu
tym więcej turystów. Głównie Bułgarzy wychodzący na
szlak z dolin i od kolejki. Kiedy byłem już niedaleko szczytu
dostrzegłem za sobą czerwone punkciki. Sześćiu jednakowo ubranych
turystów wspinało się na ścieżkę. Kwadrans później,
kiedy wyprzedzali mnie podczas postoju okazało się, że byli
Niemcami. Wszyscy mieli jednakowe czerwone polary. Kurde, normalnie
„polar korps”…. Ale turystów było dużo więcej –
ściągali ze wszystkich stron. Rozległy wierzchołek Musały
zmieścił przeszło setkę. W stacji znajdującej się na szczycie
serwowano herbatę. Różnojęzyczny tłum wesołych głosów
odcinał się wyraźnie od wcześniejszej ciszy. Zrzuciłem plecak,
kijki oparłem o spory głaz, rozwinąłem mapę. Nagle zobaczyłem,
że ktoś robi zdjęcie. Poruszyłem się myśląc, że może wchodzę
mu w kadr. On jednak pokręcił głową z dezaprobatą. To mi chciał
zrobić fotkę. Zwinął palce w kółko i cmoknął:
„typocznij turist! Model!”. Urosłem.

Z
Musały ruszyłem w stronę Chyże Grynczar. Czekało mnie jeszcze
parę godzin ciężkiego marszu. Większość trasy szła dość
eskponowaną granią, mijałem kolejne szczyty, które jednak
zdążyły się skryć w chmurach. Musała szybko zniknęła z oczu.
Maszerowałem już czwarty dzień i właściwie dopiero teraz
złapałem właściwy rytm. Krok, krok, oddech, krok, oddech, krok –
cudowna harmonia niezmącona ciężarem plecaka. Wieczorem zacząłem
się powoli wykolejać. Coraz częściej zatrzymywałem się dla
zaczerpnięcia tchu. Zszedłem w gąszcz kosodrzewiny. I wtedy
nastąpiło Wtem!

Nic
takiego – ciche szczeknięcie. To mały piesek, przypominający z
umaszczenia i kształtu pyszczka wilka wyczuwszy mój zapach
ostrzegał swoich towarzyszy podróży. Wyłonili się z
zarośli. Najpierw piesek. Potem trzech takich jak ja plecakowców.
Pierwszy z nich, w rybackim kapeluszu uśmiechał się szeroko. Ten
szeroki uśmiech czynił całą jego postać pogodną i ciepłą.
Jego kolega, bardziej korpuletny miał kapelusz Jacka Wolfskina z
szerokim rondem. Na szyi dźwigał profesjonalny aparat. Uważność.
Był to z pewnością człowiek uważny, co można poczytać za
cnotę. Wszyscy trzej byli zapewne fajnymi kolesiami. A ja już po
czterech dniach odczuwałem samotność na szlaku. Cisza w uszach
zaczynała mi już piszczeć; chyba nawet ten pierwszy – ten
usłyszał jak coś mamroczę do siebie. Kiedy bowiem od dłuższego
czasu pozostajesz sam, zaczynasz gadać do siebie jak Robinson. („No
rusz dupę panie Nowaczewski”, „fight, Arturo, fight!”,
„idziesz, Archie, idziesz!”, „Ostro, Archie! Ostro”), takimi
hasłami zwykle zagrzewam się do boju, kiedy kondycja siada.
Przyłapany na gadaniu do sera, człowiek czuje się cokolwiek
głupio. A jak mnie wezmą za psychola? Trójka z pieskiem
wyprzedziła mnie i szłyszałem jeszcze jak iglaste gałęzie
smagają ich płaszcze. Potem nastąpiła cisza. Ale zobaczyłem ich
kwadrans potem – jak na sporej polanie zabierają się do
rozbijania namiotu. Piesek tymczasem podbiegł do mnie. Był to jeden
z tych piesków wędrownych, jakich wiele w górach Riła.
Przyłączają się do turystów w wioskach i idą za nimi
wiele dni. Żywią się w tym czasie tym, co upolują w trawie albo
tego, co wyżebrzą. Pieski wędrowne Riły – najsympatyczniejsi
Cyganie świata… Oczywiście zaraz przyszedł mi do Głowy Miłosz.
Myślałem nie tylko o ludziach, którzy swe szczęścia
postradali, także o pokoleniach piesków im w codziennych
błędnych powrotach i porannych pielgrzymkach towarzyszących. I
raz, nie wiadomo skąd, pewnie we śnie nad ranem, zjawiła mi się
ta śmieszna i czuła  nazwa: „piesek przydrożny”…
I
przyszedł mi do głowy wiersz:

psie oczy wpatrywały się we mnie
oczekując czegoś lubo nie
oczekując.
i tak stanęło przede mną zdanie z
Małego Księcia
Antoine’a de Saint Exupery: jeżeli
mnie oswoisz,
będziemy się nawzajem potrzebować.

wystarczyłoby tak niewiele aby
oswoić psa:
wyciągnąć z plecaka kawałek
chleba,
rzucić w trawę herbatnik. cóz -  czasami zdarzają się
takie sentymentalne historie,
zdarzają się
psy, które obdarzamy imieniem
i kobiety

zamiast
paraboli.

Miałem
ochotę podejść do chłopaków i powiedzieć: „Privet, mena
zawut, Artur, mozna z wami?”. Ale przemogłem się i ruszyłem w
stronę schroniska.

Po
jakiejś godzinie wysiadłem w Kostenec. Senna mieścina, jakich
wiele u podnóża Riły. Starzy ludzie wysiadujący przed
domami, kontemplujący uliczny bezruch. Była godzina dziewiętnasta,
góry majaczyły się na horyzoncie.

 
Obozowałem
dwa kilometry za miasteczkiem, opodal jeziora, chociaż raczej –
większego stawu. Skryty za niewielką wypukłością terenu oraz za
drzewem mirabelki wtopiłem się w pejzaż i zasnąłem. Podczas
rozbijania namiotu nadeszła burza, krople bębniły o tropik przez
całą noc.
 
Nazwa
Riła oznacza góry pełne wody i wodę pije się tu wprost z
czeszm – znaczy źródełek i niewielkich studzienek albo
wprost z potoków. Z tych gór zapamiętam odcinający się od ciszy dźwięk lejących się z kraników strumieni wody. W największe upały wypijałem jej chyba z 4 litry… Po obejrzeniu efektownych wodospadów
ruszyłem w stronę Borovca. Szlaki wiodące przez pogórze
Riły okazały się słabo oznakowane. Szybko znalazłem się na
manowcach, w ślepym gardle przecinki wiodącej donikąd. Donikąd?
Postanowiłem przedrzeć się przez „donikąd”. Cierniste
jarzyny, pokrzywy wielkości człowieka, zwalone pnie przegradzały
drogę – znalazłszy się na zarośniętym żlebie stawiałem
niepewne kroki na spróchniałych pniach, nie wiedząc, co
kryje się pod spodem. Ciężki plecak nie dawał stabilności, raz
po raz przewracałem się ze wściekłym .”…rrrrwa!” na ustach
i zapadałem się w próchnie. Poparzony, pokłuty – następne
100 metrów pokonywałem trzy kwadranse. To było prawdziwe
„into the wild”.

W
końcu – kolejna przecinka. Schodziłem z gór w stronę
równiny. Łagodne wzgórza, dzikie śliwki –
najróżniejsze! Mirabelki i węgierki, czereśnie – tylko
iść i zrywać. Żołte kwiaty o nieznanej mi nazwie – słupki pół
metra nad ziemię…Tak do wieczora, także przez pogrążone w
letargu od przynajmniej lat kilkunastu podgórskie
eks-letniskowe miejscowości. Płoty i kłódki zżerała rdza, szyby znikały
z okien, trawa zarastała ścieżki, cywilizacja cofała się, kraj
się wyludniał. Taka pełna sprzeczności jawiła mi się Bułgaria
– gdzie indziej ofensywna, nowobogacka, czterogwiazdkowa, tutaj zdawała się rozpadać i zanikać.

Do
Borovca pozostało przed zmrokiem jeszcze kilka kilometrów,
nie udało się złapać stopa – trzeba było więc biwakować na
przypadkowej polanie niedaleko potoku. Następnego ranka obudziła
mnie muzyka – to jakieś 50 metrów dalej zatrzymał się pulsujący bałkańskim
dicho samochód wypełniony Turkami lub Cyganami. Nie widziałem
ich, ale wyobrażałem sobie ich niebieskie dresy z paskami i złote
łańcuchy. Stali
tam blisko godzinę, podczas gdy zwijałem namiot i jadłem mielonkę
turystyczną. Nie uszedłem
sto metrów asfaltem, kiedy jakiś uczynny Bułgar zaprosił
mnie do wnętrza rozklekotanego burozielonego UAZ-a. Trzymając
kierownicę jedną ręką a drugą popijąc kawę z plastikowego
kubka pewnie brał zakręty wijącej się między świerkami szosy.
-Where
are you come from?
-From
Poland, Polsza!
-Aaaa!
Polsza!
-Ty
edin?
-Da,
adin!
-Where
are you going?
-Mu-SA-ła!
-Aaaa!
MU-sała! Chyże MU-sała?
-Da,
Chyże Mu-SA-ła!
-Good!
Good!
I
tak, przekrzykując pyrkot silnika starego UAZ-a sobie rozmawialiśmy
sobie ni to po angielsku, ni to po rusku, ni to bułgarsku. Mignęły
hotele Borovca, mignęły gwiazdki, supermarkety, souveniry…
Mignęła stacja „lifta”, wreszcie mój wybawca zatrzymał
się u wylotu leśnej drogi. Trzaśnięcie drzwi, uścisk dłoni.
-CHY-że
MU-sa-ła! – powiedział wskazując drogowskaz.

Znajdowałem
się więc o dzień drogi od najwyższego szczytu Bałkanów….


  • RSS