nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: sofia

Sofia

4 komentarzy

Nocuję w hostelu przy bulwarze Marii Luizy. Powinna mnie ostrzec „tropikalna” nazwa… Wieczorem dyżurne kokoty niedwuznacznie pytały, czy nie potrzebuję kobiety… W nocy drzwi pokoju otworzyły się i stanęło w nich dwóch Rumunów. Jeden ważył sto dwadzieścia kilo i zaraz zwalił się na tapczan rozsnuwając wokół siebie zapach przetrawionego alkoholu. Drugi okazał się nałogowym palaczem, który wypełnił momentalnie pokój smrodem wyjątkowo podłego tytoniu. Grubas zaczął chrapać. Lecz co to było za chrapanie! Co za linia melodyczna, pauzy, wibracje,  świst i furkot; sapanie i charczenie, charki, warki, gile i smarki… Facet dławił się własną krtanią… Jego kolega wypuszczał kłęby dymu, które wsiąkały w pościel i włosy, zetlałe firany.To była długa noc i krótki przerywany sen.

W ciągu dnia – snułem się po mieście. Polubiłem Sofię – miasto nie miało w sobie nic z molocha. Nie czuć było tutaj wielkomiejskiego pędu. Dziewiętnastowieczne wąskie ulice i leniwie sunące tramwaje. Szczególnie upodobałem sobie ulicę Grafa Ignatiewa, gdzie na niedużym placu rozłożyły się stoiska z książkami. Czytałem napisy na grzbietach i noty na okładkach. „Bułgarzy zbyt mało znają swoją bogatą historię” – można było przeczytać na skrzydełkach opasłej historii Bułgarii. Przeważały publikacje o głębokim średniowieczu, o Bułgarii trzech mórz. Ale sporo było również publikacji z czasów powstań narodowych, wojen rosyjsko-tureckich i bałkańskich. Znajdowałem też wspomnienia o Sofii z czasów przedwojennych wypełnione fotografiami miasta. Zwiedziłem wszystkie cerkwie i sobory w centrum. Przed jedną z nich moją uwagę zwrócił Archetypiczny Dziad. Zgarbiony, z długą białą jak śnieg brodą, ubrany w bułgarski strój ludowy zdawał się być wyjęty z zeszłego stulecia. Zbierał jałmużnę – ludzie przebiegali obok i wrzucali mu coś do skarbony, czasem zatrzymywali się z on zamieniał z nimi kilka zdań, żywo gestykulując. Byli też tacy, którzy wrzucali mu coś w biegu do skarbonki. Archetypiczny Dziad kłaniał się i drobnym krokiem przemierzał plac.

Po południu miałem spotkać się z Jordanem. Nie widzieliśmy się osiemnaście lat. W jednej ławce spędziliśmy piątą i szóstą klasę w szkole sowieckiej w Korei Północnej. Co tam robiłem nie czas opowiadać. W każdym razie mieliśmy wiele wspólnych pięknych  wspomnień – na jego urodzinach po raz pierwszy tańczyłem ze swoją pierwszą miłością; uganialiśmy się za piłką ćwicząc dwójkowe akcje, bo tworzyliśmy jeszcze wraz z Jurijem z Syberii i Ukraińcem Dimą drużynę „reszty świata”, która toczyła odwieczną wojnę z drużyną Moskwiczan tzw. „posolskich” (ambasadzkich). Spotkanie z Jordanem było jednym z moich celów podróży do Bułgarii. Rok temu odnaleźliśmy się na rosyjskich portalu odnokłasniki. Kiedyś wydawało się, że już nigdy się nie zobaczymy, ale któż z nas mógł wtedy przewidzieć powstanie internetu? Teraz stałem „na garze” (dworcu) w Sofii i czekałem na przyjaciela. Pamiętałem go jako drobnego chłopaka, który sięgał mi do ucha. Teraz pojawił się wielki napakowany facet, który mógłby walczyć z powodzeniem w wadze ciężkiej. Zastanawiałem się, czy będziemy mieli o czym rozmawiać. Zaskakująco łatwo znaleźliśmy jednak wspólny język. Swobodnie przechodziliśmy od wspomnień, starych zdjęć do obecnego życia. Nie było przypadku w tym, że siedzieliśmy w jednej ławce i los skrzyżował nasze ścieżki. Wielką radością jest zyskać nowego przyjaciela, ale czy nie większą odzyskać starego? Bo tak się poczułem. Ślepa odnoga czasu odzyskała blask i barwę. Myślę, że dla Jordana było to dość niezwykłe spotkanie. Sądzę, że dla moich nowych i starych przyjaciół z Bułgarii byłem absurdalną, na poły baśniową postacią. I gościli mnie również w sposób serdeczny, baśniowy. Dwa dni spędziłem z Jordanem i jego rodziną. Poznałem jego żonę i śliczną trzyletnią córkę Aleks. Rodzice Jordana także przyszli mnie zobaczyć. Tatko Jordana z miejsca zaprosił mnie do swojej daczy nad Morzem Czarnym. Znów suto zastawiony stół, kofteti, kebabczi, wędliny, szopskie sałaty, no i rzecz jasna rakija…

 Z pewnością, jak Bóg da, z zaproszenia tego skorzystam w przyszłym roku. Jordan pracuje jako strażak. W pliku ze zdjęciami – przemieszane były fotki rodzinne z ujęciami z pracy; Jordan w kombinezonie, Jordan w mundurze, w tle płonie jakiś dom, Jordan osmalony dymem po akcji; sprasowane samochody – z których trzeba wydobywać zmasakrowane ciała. Tego dnia – mijałem w południe pałac prezydencki i widziałem zmianę warty. Żołnierze Gwardii Prezydenckiej noszą efektowne biało-czerwone mundury. Okazuje się, że mój przyjaciel służył w gwardii, ale zbyt dużo ćwiczył na siłowni i po miesiącu nie mógł zmieścić się w mundur. Przerzucono więc go do obsługi technicznej, rozkładał czerwone dywany i dbał o nagłośnienie. Gadaliśmy do późna w nocy i wróciłem do swojego „tropikalnego” hostelu. Następnego dnia rano wyjechaliśmy w góry Witosza. Widać je już z poziomu sofijskich ulic, co stanowi dość niesamowity widok. Pasmo Wtoszy zaczyna się zaraz na rogatkach miasta i sięga ponad 2 tysięcy metrów… Myślałem, że ze względu na bliskość stolicy góry będą pełne ludzi jak Giewont, ale nie – witały nas puste iglaste lasy – w dragolewskim monastyrze cicho szumiało źródełko, mała Aleks bawiła się czerpakami na wodę. Wcześniej olśniła nas jeszcze bojańska cerkiew – freski nadzwyczaj nowoczesne w formie, o dwieście, trzysta lat wyprzedzające europejski renesans.

I kiedy już pożegnałem się z Jordanem i jego rodziną, kiedy zostawiłem za sobą tropikalny hostel i czekałem na autobus do Pragi stało się.
Kilka dni temu zakupiłem bilet – stało na nim firma przewozowa Karats – Sofia – Praga, godzina dziewiąta.
Poszedłem do kas spytać się skąd autobus odjeżdża.
Avtobus nul tri uzyskałem odpowiedź.
Stoję więc na stanowisku nul tri, ale nic nie przyjeżdża. ósma pięćdziesiąt – nic, dziewiąta – autobusu nie ma. Zaczynam się denerwować. Dziewiąta dziesięć – idę do kas. Mówię babce – autobus do Pragi „nie pryjechał”, nic nie ma na nul tri.
O mój języku bułgaro-ruski zawiodłeś mnie po raz pierwszy tego lata. Widzę jak babka robi się czerwona oglądając mój bilet.
-Nu sztoż wy diełajetie! Avtobus ujechał w Giermaniju!
O żesz ..rwa. Jakże to? Jak śmiało to? Ujechać? W Giermaniju?
-Avtobus nul tri – powtarza babka – avtobus ujechał w Giermaniju.
Więc nic się nie zgadza. Żadne trzecie stanowisko, ale numer autobusu „nul tri”. I nie żadne Karats jak na bilecie – tylko Eurolines. I nie Sofia – Praha, tylko Warna – Hamburg. Jak idiota stałem niedaleko swojego autobusu i patrzyłem jak odjeżdża. Zresztą coś podejrzewałem, ale Prahi nie widziałem, tabliczka na przedniej szybie się zwinęła – Praha zniknęła. A ja zostałem. O babo, o żesz taka, skąd ty siaka, skąd mam wiedzieć, co sobie myślisz mówiąc nul tri. Ale i ona zmartwiona teraz nagle moją sytuacją.
-Nu sztoż mnie diełat? – pytam.
Ona na to: avtobus ujechał w Giermaniju.
Toż wiem, że ujechał, ale co z biletem moim, następny avtobus za trzy dni. O dlaczego nie poprosiłem Jordana o pomoc, nie byłoby tej całej chryi. Jechałbym sobie spokojnie w Giermaniju a Jordan z małą Aleks machaliby mi przez okno.
Na razie jednak jest dziewiąta piętnaście.
Avtobus piętnaście minut temu ujechał w Giermaniju.
Babka dzwoni gdzieś – gada coś po bułgarsku. Z tego wszystkiego przestałem rozumieć bułgarski.
Ona teraz coś do mnie. Kartkę daje – jechać taxi, garaże, szofiery. Znaczy jechać – ale po co, do kogo? Zajadę do garażu i powiem:
-Moj avtobus w Giermaniju ujechał! – przecież to bez sensu.
Wychodzi ze mną na parking. Macha na taksówkę. Zatrzymuje się taksóweczka, mała taksóweczka, wystraszony gostek w okularach, trzeci kurs chyba robi w życiu. Ona do niego – bierz tego obcokrajowca i jedź z nim tam. Daje mu kartkę a na kartce stoi ulica jakaś – zapewne trzy metry żużla, dwa skrawki garażu na przedmieściu. Bierz go i wieź tam.
Plecak wrzucam, z przodu siadam. Wjeżdżamy w środek piekła komunikacyjnego.
Mijają minuty, avtobus jedzie w Giermaniju a ja nie wiadomo gdzie. Nie możemy znaleźć tej ulicy. Jedziemy przez jakieś cygańskie slumsy, jakieś wysypiska, cyganie ciągną wózki ze złomem, bermudzkie sofijskie trójkąty a mój taksówkarz jest bliski rozpaczy. On również nie kuma, gdzie mnie wiezie… Liczy się czas a tkwimy, trąbimy, krążymy.
W końcu jakaś babcia wskazuje nam ulicę – avtobus tymczasem już o jedną strefę czasową bliżej Giermanii…
Wreszcie wysiadam – są garaże. Mam tylko dwa banknoty po 10 euro. Taksiarz wydaje mi wobec tego 10 lewa. Zostaję sam przed garażami. Żar leje się z nieba, głód, stres. Teraz to już prawdziwa dżungla – nie mam mapy Sofii, nie wiem gdzie jestem. I po co miałem przyjechać do tych garaży.
Ale idzie w moją stronę człowiek – szofier… Ale wkurzony jakiś.
-Nu sztoż ty zdiełał! Pocziemu on ujechał – mówi o taksiarzu -Avtobus – tu nabiera w płuca powietrza, robi wymowną pauzę – avtobus ujechał w Giermaniju!
Wszystko zatem jest jasne.
-Miałeś gonić avtobus do granicy taksówką – dogonić przed granicą, dosiąść się na przejściu z Serbią.
Do granicy ze sto kilometrów u mnie w kieszeni 10 euro i 10 lewa- jak dogonię taksówką do granicy. Dzielę się tym spostrzeżeniem z szofierem.
On na to odpowiedź ma krótką:
Avtobus ujechał w Giermaniju
a ja znów:
sztoż mnie diełat?
Już trzej szofiera z nami. Stoją nade mną jak nad sierotą. Jeden gada przez komórkę. W końcu podejmuje decyzję.
-Wsiadaj!
-Gdie my jediom? – pytam.
On na to:
-W avtobus.
Ach, więc akcja wreszcie się posunęła naprzód.
Ale avtobus ma już ponad godzinę przewagi….
Jedziemy, korki, nerwy, gadanie przez telefon..
Mietro, mietro – powtarza szofier.
Wreszcie widzę wielki napis Mietro a pod nim stoi mój avtobus.
Dziękuję, kajam się, wsiadam, w środku nikt nie mówi mi złego słowa. Siadam na tylnym siedzeniu obok dziesięcioosobowej tureckiej rodziny.
Jedziemy w Giermaniju.

Łotewski autobus wiózł mnie na
południe. Zanim wsiadłem w Warszawie, zdążył już odwiedzić
Rygę i Wilno, później zahaczył jeszcze o Kraków,
Bratysławę, Wiedeń zawrócił na Budapeszt, minął Belgrad
by znaleźć się w Sofii. Większość tych miast mijaliśmy w nocy,
więc sprawiały wrażenie nierzeczywistych iluminacji stworzonych na
podobieństwo Bratysławy, Wiednia, czy Budapesztu. Tylko ponury
Belgrad był już szary i ranny, budzący się ze snu. Raz po raz
naszą drogę przecinał Dunaj i sunęliśmy wtedy ponad wielką
przestrzenią. Noc skryła węgierskie równiny i z gór
Słowacji trafiliśmy od razu w dzikie rejony Serbii. W dole wiła
się jakaś rzeka, a my raz po raz wjeżdzaliśmy w czeluście
tuneli. Lecz nim to się stało jeszcze jedna scena przykuła moją
uwagę – było to w mrocznym Szeged, gdzie stanęliśmy około
trzeciej w nocy. Wysiadał tam pewien metal a na dworcu witała go
grupa jego ziomali. Wszyscy długowłosi, w glanach, bojówkach,
wyekwipowani w pieszczochy na nadgarstkach, nazwy zespołów na
t-shirtach zapisane zakrwawionymi zgłoskami. Ta grupa laokoona
rozprawiała o czymś żywiołowo. O czym? W jakim języku? Nie było
słychać, gdyż wszystko oglądałem zza szyby a cała scena była
niema. Zanim zasnąłem przyszedł mi na myśl ten tytuł „metale z
Szeged”. Metale wszędzie są podobni i nad wyraz trwali, ze
świeżym dopływem mrocznych młodzieńców i zbuntowanych
nastek.

Następnego dnia w Sofii wyglądałem
na zagubionego. Nie miałem planu miasta i trochę czasu minęło,
zanim trafiłem do centrum, na placyk, gdzie było dużo stoisk z
książkami. Tam zakupiłem mapy Riły i Pirinu i obmyślałem nowy
plan. Lecz jako zagubiony – wielki plecak w wielkim mieście,
trekkingowe buty, kapelusz zwracałem na siebie uwagę. Nic dziwnego,
że podszedł. Przedstawił się jako „makedonian”, który
od trzech dni nie ma gdzie spać. People so cold in Sofia – mówił.
Nie mam za co wrócić do matki. Mówił płynną
angielszczyzną, w końcu gadkę tę powtarzał przecież dziesiątki
razy. Zrobię wszystko, co chcesz – masz pieniądze, podróżujesz
po świecie, („you have map a Rila”) i już proponował mi, że
zaprowadzi mnie na autobus do Rilskiego Monastyru, który
jeździ tylko raz dziennie. Jeszcze grzecznie podziękowałem. Lecz
to go wcale nie speszyło. Mówił teraz o pieniądzach albo o
czymś do jedzenia. Pewnie byłby to sposób, aby go szybko
spławić. Niestety wypłacone przed chwilą w bankomacie lewy miały
tylko grube nominały. Ruszyłem z powrotem w stronę dworca, ale
„makedonian”ruszył za mną. Teraz już coraz bardziej domagał
się „something”. Nie miałem „something” a cała sprawa
zaczęła mnie już wkurwiać, powiedziałem więc, że nic nie mam i
jeszcze „Go away”. Lecz „makedonian” (wybaczcie Macedończycy)
teraz już prawie wrzeszcząc lazł za mną a z nim jego cholerna
angielszczyzna. Powiedziałem ci wszystko, byłem szczery a you, a
you – wpakował we mnie wykrzyknik – you are a layer! I tak
uszliśmy jeszcze dwa przecznice chuderlawy okularnik uginający się
pod trzydziestokilowym plecakiem i narkoman wykrzykujący „you are
a layer! You are a layer!”. Teraz to już miałem ochotę jebnąć
go trekkingowym kijkiem i kiedy już myślałem, że nie będzie
innej możliwości, żeby uwolnić sie od napastnika, on w końcu
zrezygnował. Rozpłynął się w tłumie tak samo jako się
wcześniej pojawił. W tej chwili obiecałem sobie, że więcej się
nie przyznam do angielskiego, że nie wypowiem w Bułgarii słowa po
angielsku. Nie przyznam się do statusu europejskiego turysty, niech
już lepiej biorą mnie za niskobudżetowego Ruska. Walić angielski,
międzynarodówkę przewodników, walić japońskie
aparaty i „excuse me”.

Historia z „makedonianem” sprawiła,
że zapragnąłem wydostać się z miasta – jak najszybciej. Nie
szukałem już autobusu do Samokov – który odjeżdżał z
jakiegoś dworca południe. (nie wiedzieć czemu nawet w mniejszych
miastach zdarzały się dwa dworce autobusowe, nieraz oddalone od
siebie o sto metrów). Odnalazłem na mapie linię kolejową,
odnalazłem stację Kostenec, kupiłem bilet i upewniwszy się czy
pociąg jedzie we właściwym kierunku ruszyłem w stronę przygody.

Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi!


  • RSS