nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: stara-planina

Szipka!

1 komentarz

Epizod, O Szipka!

Na przełęczy Szipka zdecydowałem zakończyć tegoroczny marsz przez Starą Płaninę. Trudno było wybrać miejsce bardziej efektowne na koniec wyprawy; do Morza Czarnego było jeszcze daleko i wiadomo było, że tego lata nie dam już rady tam dojść. Tak jak rok wcześniej naturalnie marsz przez Riłę i Pirin wieńczył pobyt z Misą i Tomikiem w Melniku, tak teraz – również chciałem oddać się zasłużonemu lenistwu w jakimś starym mieście. Przypomniała mi się rozmowa z Georgim w chyży Eho, z jakim zapałem mówił o Wielkim Tyrnowie. Na mapę nie potrzebowałem patrzeć – wiedziałem, że z przełęczy można dostać się autobusem w tamten rejon.

Góry były tutaj już dużo niższe. Szedłem leśnymi drogami, bez większych przewyższeń. Spotykało się pojedynczych ludzi, którzy w ten rejon wjechali samochodami i odbywali długie spacery. Wreszcie wyszedłem na dużą łąkę i moim oczom ukazała się Szipka. Widziałem już sylwetkę pomnika na wzgórzu. Dalej na szczycie góry widniało coś niezidentyfikowanego i kolosalnego – coś niby monstrualne UFO. Był to – jak dowiedziałem się potem -komunistyczny monument na Buzłudży. Znalazłem się w cieniu drzew, gdy dobiegły mnie… odgłosy wystrzałów. Polowanie? Poligon? Strzały nie tylko nie cichły, ale nasilały się. To już była cała kanonada! Zrozumiałem, że to rekonstrucja bitwy. Na przełęczy Szipka decydowały się losy wojny rosyjsko-tureckiej w 1877 roku. Główne uderzenie Turków miało miejsce 21 sierpnia – czyli teraz…Niezwykły i nieplanowany zbieg okoliczności. Zupełnie nie kalkując trafiłem po przeszło dwu tygodniach wędrówki właśnie na największą rekonstrukcję historyczną w Bułgarii….Gnałem więc, zapominając o zmęczeniu na złamanie karku, chcąc zobaczyć to widowisko. Gdy wypadłem na szosę trzeba było przejść jeszcze spory kawałek po kilkuset stopniach. Strzały powoli cichły, turecki atak został zapewne jak zwykle odparty. Wszędzie było pełno ludzi. Przełęcz zastawiona samochodami, tłumy schodziły powoli po stopniach, całe rodziny – od emerytów po małe dzieci, mnóstwo flag narodowych i patriotycznych t-shirtów….Bitwa już się skończyła, ale barwne wojska pozostały na pobojowisku. Kogo tam nie było! Zielone mundury armii carskiej, czarne bułgarskich formacji ochotniczych, niebiesko-czerwone kubraki Turków… Najbarwniejsi jednak byli bułgarscy hajducy – górale. Prym wiódł wśród nich pewien brzuchacz z imponującym pasem, za który zatknął sobie kilka starodawnych pistoletów i równie zmilitaryzowany prawosławny mnich – dziewiętnastowieczne wcielenie Gandalfa. Robiłem im zdjęcia a oni dumnie wypinali brzuchy i robili groźne miny. Wszyscy powoli zaczynali się rozchodzić – w większości spali w namiotach, które teraz trzeba było rozstawić na polu. Wyobrażałem sobie, że wieczorem spotkają się w grillowej atmosferze popijając rakiję – piechurzy tureccy z bułgarskimi hajdukami, carskie formacje z poddanymi sułtana. Historia z tej perspektywy wygląda jak barwna maskarada, piknik, gdzie różnorodność jest pożądana – byle barwna i efektowna. Z punktu widzenia polityki nie wyglądało to już tak sielsko. Czy na imprezie byli rządowi oficjele? Na pewno natomiast widziałem na obrzeżach tłumu grupki młodych nacjonalistów. Słyszałem też, że wiele osób mówi po rosyjsku. Znowu moja samotność i duży plecak prowokowały do pytań. W ten sposób wdałem się w rozmowę z Siergiejem, pracownikiem rosyjskiej ambasady. Siergiej przyjechał tu na jeden dzień z Sofii z delegacją. Rozmowa z nim po rosyjsku sprawiała mi przyjemność. Więcej mogłem powiedzieć w tym języku niż swoją kiepską bułgarszczyzną. Zdążyłem opowiedzieć Siergiejowi marszrutę swojej wyprawy a nawet wspomniałem sowiecką szkołę w Korei i swojego nauczyciela od rosyjskiego, nomen omen – Siergieja Iwanowicza. Niestety na Siergieja wołali już koledzy, ambasadzka fura stała już na włączonym silniku. Uścisnął mi serdecznie rękę i znów byłem sam.

Postanowiłem obejrzeć całe pole bitwy. Wszedłem na szczyt pomnika-mauzoleum skąd roztaczał się imponujący widok na okolicę. W kiosku z pamiątkami zakupiłem za drobne sotinki publikacje o Szipce po rosyjsku, jeszcze z czasów Sojuza. Każdą z nich otwierały fragmenty płomiennych przemówień Teodora Żiwkowa. O przyjaźni bułgarsko-sowieckiej, o symbolu tej przyjaźni, którym na wieki wieków jest Szipka. Jak radzono sobie z tym – że przecież to nie bolszewicy, ale armia carska oswobodzała Bułgarię? Polityka historyczna jest elastyczna. Ani tego faktu nie tuszowano, ani przesadnie nie eksponowano. W Bułgarii nawet car Aleksander stojący na jednym z centralnych placów Sofii mógł służyć bułgarsko-sowieckiej. Nosił przecież oksymoroniczne miano cara-oswoboditiela. Oksymoroniczne było wszędzie, ale nie tu – więc car przetrwał komunę. Przetrwały też cmentarze bohaterów Szipki, kartkowałem broszurę poświęconą okolicznym mogiłom. Po wyjściu z mauzoleum podreptałem na Orlovo Gnezdo – grupę wapiennych skał, która stanowiła kluczowy punkt w systemie obronnym. To tu rozgrywały się najdramatyczniejsze i uwiecznione w obrazach i filmach sceny. Poniżej na pozycjach stały uśpione działa na zawsze już wymierzone w stronę nacierających Turków. Potężny masyw Bałkanu przedzielał kraj na połowę. Rosjanie wylądowawszy na południowym brzegu Dunaju szybko opanowali północną Bułgarię, odcinając Turków w czworoboku twierdz w dolnym biegu rzeki i armię Osmana Paszy w Plewen. Powodzenie kampanii zależało od tego, kto utrzyma przełęcze Starej Płaniny – Turcy szybko ściągali posiłki z południa. Rosjanie wspierani przez ochotnicze oddziały bułgarskie musieli utrzymać przełęcz. Jeśli wojskom tureckim nie udałoby się przebić przez góry los izolowanych armii na północy był przesądzony. Główne uderzenie Turcy skierowali więc właśnie na Szipkę. Atakowali z wściekłością i determinacją, nie licząc się ze stratami. Szczupłe siły obrońców musiały wytrzymać kilka dni aż nadejdzie pomoc. Jedna chwila załamania mogła ich drogo kosztować. Łatwo sobie wyobrazić jak wielkie znaczenie ma dla Bułgarów Szipka…Rozmawiając z nimi na temat bitwy zauważyłem, że postrzegają ją w innych proporcjach. Bardzo protestowali, gdy mówiłem, że Rosjanie przy pomocy Bułgarów pokonali tu armię turecką. Rzecz jasna – według nich – Rosjanie oczywiście pomogli, ale bitwę wygrali Bułgarzy. Uśmiechałem się wtedy pod nosem – przypominając sobie bułgarskiego hajduka, uzbrojonego w tuzin pukawek. Zapewne to ten bałkański niedźwiedź, Iwan Borimeczka z powieści Iwana Wazowa zaważył na losach batalii. Nie było sensu się spierać, bo i o co? Narody, zwłaszcza te, które zaznały niewoli mają prawo do snów.

Czas było opuszczać Szipkę. Jak się okazało większość autokarów były to okazjonalne przewozy a o regularne połączenie było trudniej. Rozkład zerwany. Musiałem polegać na tym, co powiedziała mi nieco opryskliwa klozet-babcia. Autobus po południu miał być, ale nie wiadomo na pewno kiedy. Następne trzy godziny koczowałem przy drodze. Nie pomyślałem, żeby łapać stopa, w końcu autobus miał być zaraz… Dwóch malowniczych autostopowiczów nie miało takich dylematów. Chyba byli to Amerykanie. Jeden z nich wytatuowany Jack Sparrow w czerwonej chuście nabazgrał flamastrem napis Gabrovo i dziko wymachiwał nim przed maskami przejeżdżających samochodów. Towarzyszył mu nieco mniej ekstrawertyczny Indianiec. Nim się obejrzałem, już ich nie było.
 

(TUTAJ URYWA SIĘ MOJA OPOWIEŚĆ O WYPRAWIE PRZEZ BUŁGARIĘ. TAK TO CZASEM BYWA, ŻE COŚ Z POCZĄTKU TRAKTUJEMY JAKO MARGINALNE PÓŹNIEJ MOŻE STAĆ SIĘ WAŻNIEJSZE NIŻ SIĘ NAM WYDAJE. TAK SIĘ STAŁO Z MOIMI PODRÓŻNICZYMI ZAPISKAMI. JUŻ NIEDŁUGO CZĘŚĆ Z NICH ZOBACZYCIE W DRUKU NA ŁAMACH CZASOPISM. TYMCZASEM ZAPOWIADAM RELACJĘ Z UKRAINY, KTÓRĄ ODWIEDZIŁEM WE WRZEŚNIU 2010 ROKU).

Botev. Ostatni odcinek w kierunku najwyższej góry Balkanu wiódł przez odkryte połoniny. Potężna sylweta góry robiła imponujące wrażenie. Nie na darmo jej turecka nazwa brzmi „Jumrukczał”, co tłumaczy się jako „podobny do pięści”. Faktycznie wyglądała jak ogromna pięść śpiącego olbrzyma. Za niewielką „zasłoną Botev” pozostawało jeszcze nietrudne, choć dość strome podejście na szczyt. Kilkaset metrów niższy od Musały i Wihrena, Botev ma swoją mitologię. Klimat jest tu bardzo surowy, pogoda kapryśna. Wierzchołek przez trzysta dni w roku pozostaje we mgle. Mówi się, że kto trafi na dobrą pogodę na Botevie będzie miał powodzenie w interesach przez cały rok. I tym razem pogoda zmieniła się dwa-trzy razy. Gdy mijałem „zasłonę Botev” szczyt był całkowicie wolny od chmur, ale niespełna godzinę później widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów, później znów nieco się wypogodziło. Góra musiała przynosić zawód tym, którzy spodziewali się po niej dzikości. Można tu było wjechać samochodem i spotkać grupki niedzielnych turystów, którzy hałaśliwie ładowali się do budynku stacji meteorologicznej. Słychać było chrapliwy dźwięk motocykli. Ale gdy zapadała cisza, w oparach mgły mogło się wydawać, że znaleźliśmy się w jakiejś stacji arktycznej. Chwilę później – przywrócony do rzeczywistości promieniami sierpniowego słońca, zauważyłem porozwieszane na ścianach kartki z ostrzeżeniem przed żmijami. Żadnej żmii jednak nie uświadczyłem. Natomiast poczułem na kolanie nos wychudzonego psa. Wyglądał żałośnie, ale nie karmiłem go. Ruszyłby wtedy za mną i trudno byłoby się pozbyć jego kłopotliwego towarzystwa. Jeśli droga przez Bałkan, to było jak mówił Iwo, „grob, grob” to apogeum tego szlaku mogił nastąpiło na Botevie. Nagrobek młodego nauczyciela i kilkorga uczniów.
Październik, lata sześćdziesiąte. Co się mogło stać? Burza? Inny nagrobek: trójka wspinaczy z lat pięćdziesiątych. Surowy kamień z czekanem zamiast krzyża. Data styczniowa. Lawina? A może któryś z nich odpadł od ściany pociągając za sobą kolegów?

Schodziłem stąd dość szybko. Zorientowałem się parę minut potem, że przecież miał to być jeden z najbardziej eksponowanych momentów wyprawy a minął prawie niezauważenie. Przecież od dwóch-trzech dni myślałem o tym, czy uda się wejść na Botev. Odtąd szlak mógł wieść już tylko niżej… Zejście było proste, częściowo wiodło utwardzoną szosą i znów najbardziej dokuczały mi obolałe stopy. Był  to już trzynasty dzień podróży. Znów spotkałem grób, tym razem jakiegoś dziewiętnastowiecznego powstańca, osaczonego przez Turków. W chyży Taza byłem znów jedynym gościem. Gospodarze byli uprzejmi, mogłem zjeść dwa talerze zupy, ale nie wdawali się w dłuższe rozmowy. Oglądałem więc bułgarskie wiadomości, ale nic się nie działo. Środek sezonu ogórkowego. Brudna plaża gdzieś tam. Brak miejsc parkingowych „na moreta” i tak dalej. Wyglądało na to, że cała Bułgaria wyjechała nad morze a ci co zostali zaraz mieli wyjechać.

Co działo się następnego dnia w drodze do chyży Uzana? Znów zobaczyłem Cyganów wynajmujących się do roboty w górach. Oblepili wypchany samochód jak owady, siedzieli w otwartym bagażniku, na dachu, trzęsąc się na krzywej bitej górskiej drodze. Gdybym zrobił im zdjęcie, w kraju mógłbym szpanować, że trafiłem do jednego z najdzikszych miejsc Europy. Nasza literatura czeka na takie obrazki – z Rumunii, Mołdowy, Macedonii… Smętny bałkański jazz wypełnia ponure krajobrazy. Jeździmy się ekscytować bezpieczną dzikością, biedą większą niż nasza, czasem spóźniającym się o dwadzieścia-trzydzieści lat. Uciekamy w melancholię. Ale przecież nie będę ściemniał. Niedługo potem trafiłem do chyży Mazalat. Po rozpadających się schroniskach, prowadzonych przez przypadkowych ludzi ta chyża musiała zrobić wrażenie. Schludna do perfekcji, w promieniu kilku kilometrów idealnie oznaczone szlaki – tak jakbym trafił do bułgarskiej stolicy marszów na orientację. Odmalowane słupy zimowego szlaku, z informacją, co ile metrów są ustawione i jaki należy obrać azymut. Przecierałem oczy ze zdumienia. Dzień był słoneczny – na ławkach na zewnątrz wygrzewali się emeryci. Starsi ludzie w górach… Ich wysłużone buty, starannie zawinięte wełniane skarpety. Plecaki wyblakłe od lat i deszczy. Przychodzili z czarnobiałych zdjęć, wolnym, ale pewnym krokiem. Możliwe, że okoliczne ścieżki przemierzali od kilkudziesięciu lat. Coraz bardziej zmęczone serca mierzyły im czas.

Z Mazalat starym lasem bukowym zmierzałem w tereny bardziej cywilizowane. Dochodziły tu asfalty, ludzie budowali weekendowe domy. Ludzie na rowerach. Chyża Uzana leżała na rozległej polanie, gdzie zatrzymywały się autobusy. Całe piętro schroniska było wynajęte na obóz językowy. Wielonarodowa młodzież uczyła się angielskiego, wszędzie porozwieszane były angielskie napisy i hasła. Przyglądałem się tym młodym ludziom zunifikowanym w europolitycznej poprawności. Wędrowałem przez ten kraj, żeby szukać, uczyć się innego. Oni się ujednolicali. Narody? To tylko różne stroje i kolory twarzy w ramach jewropiejskiego sojuza. Również oni mi się przyglądali – słyszałem złośliwe komentarze. Bo przecież nie przyznawałem się do angielskiego i mówili w mojej obecności całkiem swobodnie. Teraz zdałem sobie sprawę z tego, dlaczego duże zachodnie nacje budziły moją niechęć. Ich języki, te „języki obce”, o których konieczności uczenia słyszałem od dzieciństwa -  angielski, niemiecki, francuski, hiszpański – to były języki narodów i kultur kolonialnych. Kiedy myśmy walczyli za wolność „naszą i waszą”, Murzyni pracowali na ich plantacjach. Tam, gdzie Polacy albo Bułgarzy przyjeżdżają na Zachód do pracy jak tania siła robocza, niewiele różnią się dla nich od przybyszów z trzeciego świata. Angielski, francuski, czy niemiecki dawały swoim etnicznym użytkownikom prawo do debilstwa, z którego wyżyn i tak patrzyło z góry na resztę świata. Odgrodziłem się od nich. Brudem, zarostem, smrodem potu, łamanym językiem. Chciałem czuć „rytm ziemi, pod ręką coś namacalnego” – jak pisze Eldredge. Nic nie wiedzieć o zegarach, terminach, zyskach i stratach. Spędzać czas tak, żeby mieć brudne paznokcie. Powoli wracałem do miasta. Tylko po to, żeby za kilka dni, tygodni, miesięcy, znowu uciec. Marzyć o życiu, które jest gdzie indziej.

Wędrowałem przez pastwiska otoczone wapiennymi skałami. Ominąłem zasłonę (schron)”Orlovo Gnezdo”. Nazwa ta – jak sądzę – nie miała odnosić się jedynie do gniazda orła, ale do niezdobytej reduty w bitwie pod Szipką. Wieczór zachmurzył się i próg chyży Dermenka przekroczyłem akurat z piewszymi kroplami deszczu. Schronisko, tak jak mówił Georgi, było odnowione i wypasione. W pokojach było czysto i przytulnie.
Na moje „Od Polsza sem. Ne syćko razbiraja” szefowa kuchni z uśmiechem odpowiedziała „Czego potrzebujesz, panie?”
Mało nie wybuchłem śmiechem. Zastanawiałem się skąd znała tą śmieszną frazę. Czy z jakiś przedpotopowych rozmówek a może z jakiegoś serialu? Jako mości hrabia w dziurawych portkach i śmierdzący kilkudniowym potem czułem się dość osobliwie.
Zjadłem suty obiad w dość postmodernistycznej stołówce. Stare sztandary z czasów komuny wisiały obok zielonego „Svoboda ili smirt”.  Nacjonalizm bułgarski współistniał tu z komunizmem -przeszłość nie przytłaczała.

Spałem w pokoju na strychu. Całą noc wiatr huczał za oknem, rano przez świetlik ujrzałem zachmurzone niebo, więc z rezygnacją zamknąłem oczy. Rano, już sporo po dziewiątej wychodziłem na szlak. Idąc przez las znalazłem na szlaku grób młodej dziewczyny, która zagubiła się w zimie. Miejsce nie było przecież położone wysoko, wyglądało zupełnie niegroźnie. Zimą Bałkan stawał się barierą prawie nie do pokonania, rozdzielał kraj na dwie części. W dawnych wiekach, kto chciał podróżować jego przełęczami w zimie był uważany za szaleńca…  Tymczasem nagle wyszło słońce. W chyży Dobriła zjadłem obiad i ruszyłem dalej. Wspiąłem się na trawiasty wierzchołek, gdzie znów znalazłem grób z 1994 roku – tym razem młodej pary – chłopaka i dziewczyny. Płyta była pęknięta na cztery części. Z góry rozciągał się widok grani prowadzącej w stronę Boteva. Na pierwszym planie widniał wybitny szczyt Goliam Kupen, ostra iglica wżynająca się w niebo.

Ruszułem w jego kierunku. Minąłem stado owiec nad małym jeziorkiem. Stary pasterz przyjaźnie pokazał mi szlak. Okazało, że muszę wspiąć się na tę iglicę. Dziarsko wchodziłem posuwałem się w górę stromą ścieżką. Szlak był miejscami ubezpieczony linami, przypominał tatrzańską Orlą Perć.W jednym miejscu było bardzo wąsko i zaklinowałem się z plecakiem. Trzeba było się cofnąć i próbować innym sposobem. Wreszcie gdy stanąłem na szczycie i doznałem tego rozpierającego uczucia, gdy z wysokości oglądamy całą okolicę. Wpisałem się do książki wejść  i zrobiłem sobie zdjęcie na tle nieco już postrzępionego zielonego sztandaru „Svoboda ili smirt”. Hasła tego, jak dowiedziałem się później,  używali powstańcy w Starej Zagorze w 1875 roku. Bułgarzy nie wstydzili się romantyzmu, z dumą opowiadali mi o swoich bohaterach w walce o wolność. Widocznie ich południowy temperament nie znosił półśrodków. Chociaż powstanie zakończyło się szybką klęską, nikt tu chyba nie stawiał pytania – czy warto było przelewać krew. Szaleńczy poryw garstki słabo uzbrojonych partyzantów był krzykiem, że naród bułgarski istnieje – że ma prawo do czegoś więcej niż bycie „rają” (bydłem) w ramach gnijącego Osmańskiego Imperium. Trzy lata później Bułgarzy odzyskali niepodległość a imionami poległych nazywano miasta, miasteczka i szczyty. Nowożytna Bułgaria została zbudowana na nazwiskach czetników, powstańców kwietniowych, odrodzeniowych działaczy. Historia szybko zmieniała się w mit…

Mozolna droga grzbietami i trawersami zawiodła mnie na niewielki trawiasty skrawek grani. Rozbiłem swój namiocik, mogłem obserwować jak słońce zachodzi nad drogą, którą tu przyszedłem, nad imponującą szpicą Goliam Kupena. Z drugiej strony wyrastał już potężny Botev z widoczną maciupką iglicą meteorologicznej stacji. Tam miałem być jutro, na razie chłonąłem wieczór…

Następnego dnia postanowiłem odpocząć. Odpocząć znaczyło – pokonać mniejszą odległość i dojść do chyży Eho. Ruszyłem w stronę grani. Dzisiaj nie czułem się najlepiej – znać było już po mnie wyczerpanie. W poprzednich lat zdobyłem się na maksymalny wysiłek. Teraz, gdy opadła adrenalina, dotarło do mojej świadomości jak jestem zmęczony. Bolały przede wszystkim kark, doskwierały temperaratury. No i stopy…. Stopy stawały się coraz większym problemem. Obciążenie sprawiało, że na całej powierzchni stóp, która dotykała podłoża robiły mi się odciski. Wieczorami, gdy zdejmowałem skarpety, podeszwy były grubsze o pół centymetra i dosłownie białe. Rano częściowo opuchlizna schodziła, ale każdy krok po kamienistym podłożu sprawiał ból. Brnąłem mimo to naprzód.
Widoki tego dnia były piękne jak zwykle. Morale podniosła dwójka pierwszych od dawien dawna turystów.Sympatyczna para Czechów – chłopak i dziewczyna – zaczęli kilka dni temu z drugiej strony parku narodowego. Weszli na Botev i mieli zamiar kończyć trasę w Veżen. I już miałem informację o wszystkich schroniskach: Eho- pracuje. Koza stena – też. Dermenka, Dobriła – takoż. Nawet schrony Orlovo gnezdo, Botev. Tego dnia Czesi spali w Kozej stene. Tam dobry chyżar. Nawet piwo jest. Wypytywałem ich jeszcze o techniczne trudności. Uspokoili, że żadnych przeszli bez problemu. I już szliśmy każde w swoją stronę. Droga przed chwilą będąca niewiadomą teraz rysowała się w kolorach jaśniejszych. Chyża Eho była położona w miejscu zdawałoby się niedostępnym, między skałami. Zobaczyłem ją już z daleka, cudownie zawieszone na trawiastej grani. Widać nawet było powiewające na sznurach prześcieradła… Sielskość tego obrazka nie powinna jednak zwodzić. W bezpośredniej bliskości chyży, zobaczyłem tablicę nagrobną czternastoletniego chłopca. Zginął w lipcu. Piorun? Tuż obok stała również niewielka kapliczka. Nie był to pierwszy grób tego dnia – wcześniej widziałem nagrobek starszego mężczyzny, który zmarł prawdopodobnie na zawał. Potwierdzało się to, co mówił Iwo – szlak przez Płaninę – znaczyły tabliczki opowiadające górskie tragedie. Burze, śnieżyce, zasłabnięcia…Zupełnie jakby Bałkan potrzebował ofiar, wyławiał z tłumu bezimiennych turystów nazwiska i raz na zawsze wplatał w swój pejzaż. Imiona tragicznie zmarłych padały na żyzną dla pamięci drogę. Przypomniałem sobie pierwszy grób w górach, który widziałem w dzieciństwie – był to grób przewodnika PTTK o imieniu Wojtek położony w drodze na Trzy Korony. Patrz – mówił nagrobek – i tutaj śmierć przychodzi, nie wiesz jak, w drodze na tę górę niezbyt wysoką.

W chyży były miejsca, ale – co gorsze – na jedzenie musiałem czekać. Wieczorem ma pojawić się grupa Francuzów, która zamówiła jedzenie. Wtedy będę mógł zjeść zupę. Dobre i to. Zdrzemnąłem się w pokoju. Wieczorem dostałem zupę, ale przy okazji zajrzałem do środka kuchni. Smażyły się tam ryby. Skwierczało, pachniało. Dwie kobiety uwijały się przy garach. Cholerne żabojady! Dla nich smażona rybka a dla solowego turysty talerz zupy z Bożej łaski. Ale to właśnie dzięki grupie francuskiej miałem tego dnia z kim rozmawiać. W pokoju ze mną spał Georgi – planinski vodac (górski przewodnik). To on prowadził wycieczkę. Okazał się bardzo serdecznym towarzyszem a co ważniejsze doświadczonym turystą, który bardzo dużo wiedział o Planinie. Mapy, które posiadał były jeszcze lepsze od tych, które widziałem wcześniej u Iwo. Szybko poradził mi, gdzie najlepiej udać się na kolejny nocleg. Chyża Dermenka – znakomicie wyposażone, odnowione schronisko – to był mój następny cel. Georgi był oficerem bułgarskiej armii. Znakomicie wykształcony – mówił kilkoma językami. Po angielsku, francusku, rosyjsku…Dużo starszy ode mnie – już sporo po czterdziestce – wyglądał bardzo młodo. Łagodny przyjemny tembr głosu nie zdradzał w nim żołnierza. Raczej sposób poruszania się, sprężystość ruchów, przyczajona siła. Widać było, że jest znakomicie wysportowany. Ale jakże mogło być inaczej… W większość weekendów, przez cały rok, Georgi wędrował po górach. W latach, kiedy zaczynał swoją przygodę z trekkingiem nie było dobrych map. Dochodził w piękne miejsca metodą prób i błędów. Teraz po przejściu na wojskową emeryturę,  dorabiał sobie latem prowadzeniem francuskich wycieczek. Załatwiał wszystkie hotele, schroniska, wyżywienie, prowadził najciekawszymi szlakami. Suma, którą za to zarabiał, rozparcelowana na wszystkich użytkowników wycieczki nie była taka duża. Przyjrzałem się Francuzom. Duża część z nich, to byli już ludzie po pięćdziesiątce. Dla nich bułgarskie ceny musiały być atrakcyjne a miejscowy przewodnik z perfekcyjnym francuskim otwierał dla nich możliwości poznania najpiękniejszych zakątków kraju bez żadnego stresu. W ofercie Georgi miał wszystkie najbardziej atrakcyjne pasma w Bułgarii. Oczywiście Riłę, Pirin, także Bałkan i Rodopy. Kochał to robić, wypoczywał i jednocześnie wspomagał wydatnie domowy budżet. Mieszkał w okolicach Wielkiego Tyrnowa i rozsnuwał przede mną uroki tego miasta. Niestety, nasze szlaki przecinały się tylko w chyży Eho i następnego dnia rozchodziły w różne strony. Francuzi schodzili do jakichś ciepłych źródeł i opuszczali główną grań Starej Płaniny. Tymczasem Georgi opowiadał o roślinie, która jest widoczna w logo parku. Ten kwiat rośnie tylko w jednym miejscu na świecie. Na szczycie Koza stena. Proponował mi tam następnego dnia zajrzeć, ale byłem zbyt zmęczony. Droga na szczyt była stroma, plecak trzeba było zostawiać na dole. A gdybym tam nawet wlazł, czy rozpoznałbym ten kwiat? Wystarczyła mi więc jego opowieść. Siedzieliśmy na ganku schroniska. Dochodziła dziewiętnasta, słońce schodziło za krawędź upalnego dnia. Jakaś grupka Bułgarów głośno rechotała się przy rakiji. Dałbym głowę, że ich gdzieś już widziałem. Być może natknąłem się na nich w zeszłym roku, w którymś ze schronisk w Rile albo Pirinie? Czas zaczął przyspieszać. Gdy masz za sobą już znaczną część drogi – wyprawa nabiera całkiem innych proporcji – zaczyna się kurczyć. Chyba tego lata poczułem to pierwszy raz właśnie w Eho.

Odpoczynek wrócił mi siły. Następnego dnia trasa wiodła przez najpiękniejsze ścieżki Centralnego Bałkanu o wyraźnie alpejskim charakterze. Z Georgim i Francuzami pożegnałem się koło chyży Koza Stena i dziarskim krokiem maszerowałem na wschód. Minąłem słynny wierzchołek jedynymi takimi kwiatami na świecie i zmierzałem w stronę dużej przełęczy, przez którą przechodziła szosa. Ruch samochodów był tu dość spory, więc rozłożyli się tu miejscowi chłopi i sprzedawali z samochodów mleko i inne produkty. Krowy łaziły swobodnie po pobliskim pastwisku. Niedaleko znajdował się ogromny pomnik – brama z żelaza z datą 1878 – a więc powstania nowożytnej Bułgarii.
Kawałek za przełęczą – znowu napadły mnie „złe kucze”. Lecą psy, jeden, drugi, trzeci…
Czas było wypróbować sposób Krasimira. Gdy owczarki dobiegły na kilka metrów przykucnąłem. Plecak osłaniał mi plecy, z przodu miałem kije, w razie czego mogące służyć do obrony.
Niepotrzebne były jednak obawy. Było dokładnie tak jak mówił Krasimir. Psy zadowoliły się „osaczeniem” intruza. Zatrzymały się w niedalekiej odległości wściekle szczekając. Wołałem owczarza, ale nikt nie nadchodził. Po kilku minutach, znudzone, odbiegły same w stronę swojego stada.

I znów szedłem odkrytym, trawiastym grzbietem, połonina za połoniną, wierzchołek, za wierzchołkiem. Ścieżka trawersowała zbocza, słupy oznaczające zimowy przebieg szlaku pięły się po grzebieniach grani. Góry znów były coraz wyższe, 1800, 1900 metrów, wreszcie sięgnęły dwóch tysięcy, trawa ustąpiła skałom. Pod Vrch Pascal rozbiłem namiot. Tryb zero-jedynkowy, zachodnio-wschodni, zachód, wschód, zachód, wschód, ciągle na wschód…Byłem zmordowany i głodny. I samotny. Samotność w górach trwająca dwa-trzy dni jest nawet pożądana. Wydłużająca się na ponad tydzień staje się uciążliwa. Zdałem sobie sprawę, że na przesuwające się widoki, na północy i południu, jestem coraz bardziej zobojętniały. W dzień nie było czasu się nimi cieszyć. Wieczorem stawałem wobec wielkiej ciszy. Nie napiszę, że „majestatycznej”. Jak łatwo to, co piszę zamienia się w klisze, jak banalnie język przylega do krajobrazów. Jak cyfrowe zdjęcia – daje obraz w dobrej rozdzielczości, ale jak bardzo niepełny. Myślałem o ludziach, którzy przemierzali Starą Płaninę w przeszłości. Podczas tej wyprawy nieraz natrafiałem na ich ślady. Tablice upamiętniające czetników walczących z Turkami. Grupy partyzantów przenikały tu zza Dunaju i posuwały się wzdłuż pasma. Musieli przetrwać w tych górach, żyć właściwie z tego, co udało im się upolować, bo nie mogli zbyt wiele zapasów wziąć na swoje plecy. Żywność od pasterzy chyba można było kupić, ale czy każdy pasterz sprzyjał im? Może groziła im zdrada? Czy umiem wypowiedzieć akurat te góry? To jedno, jedyne miejsce zwane raz Starą Płaniną, raz Bałkanem a raz Hajmonem?

Prawdopodobnie język, którym mówiły te sześcio-siedmioosobowe grupy Polaków wspomniane przez Iwo, nawet nie muskał Bałkanu. Ześlizgiwał się po turystycznych banałach, konsumował krajobraz, pędził z gór, w góry. Czepiał się turystycznego sprzętu, wysokości, technicznych trudności. Polszczyzna pozostawała sobą przy rozpalanych tu ogniskach, zamykała się na historiach przywiezionych z domu i kolejnych wypraw. Tak podróżować nie chciałem. Zapominałem swojego języka, w samotności oddychałem bułgarszczyzną i powoli otwierał się dla mnie świat Bułgarów. Nie szeroko, na oścież. Pozostawał uchylony, ale już nabierał różnych odcieni…

Jeżeli wybierasz się w podróż, niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem

Z Vrchu Pascal ruszyłem w kierunku nieczynnej chyży Planinski Izvori. Stała na rozległej połoninie, dostrzegłem tutaj, prawie nieobecną w innych miejsach, kosodrzewinę. Przy źródełku widać było ślady turystów. Jakiejś swołoczy, która pozostawiła pordzewiałe puszki, pety, ślady ogniska. Konie pasły się na połoninie. Gnałem dalej na wschód…
Teraz  jeden po drugim następowały trawiaste wierzchołki. W głębi zobaczyłem potężny masyw Veżen. Rozległy płaski wierzchołek tej góry wyrastał ponad wszystko dookoła. Wysokość prawie 2200 metrów, to był jeden z najwyższych szczytów w Bałkanie. Zanim jednak tam doszedłem, droga była długa i żmudna. Był 15 sierpnia – Święto Wojska Polskiego – dla kurażu śpiewałem polskie pieśni wojskowe. Nikogo nie spotkałem od rana. Żadnego turysty. Przed wejściem na Veżen trzeba było pokonać skałki spiętrzone przed grzbietem. Wreszcie, wieczorem wyszedłem na rozległą połoninę na wierzchołku. Nie wiem, czy widziałem w życiu tak rozległą połoninę. Poczułem się jak „w stepie szerokim”. Ruszyłem w stronę słupa, który oznaczał szczyt góry. Nieco w dole pasło się wielkie stado owiec. Usłyszałem szczek psów. Psy już nieraz dawały mi się tu we znaki, ale szczęśliwie udało się je omijać. Teraz nie było szans. Błyskawicznie oderwały się od stada i pędziły w moim kierunku.Pięć pasterskich owczarków opadło mnie ze wszystkich stron, wściekle ujadając.
-”Paszli won” – krzyczałem rozpaczliwie, opędzając się terkingowymi kijami i starając schować się za niewielką wyniosłość terenu. W końcu daly spokój, uszedłem cało.
Schowany z drugiej strony góry robiłem zdjęcia.
Nagle zobaczyłem, że zbliża się do mnie człowiek. Domyśliłem się, że jest pasterzem – podpierał się długim pasterskim kijem, na bose stopy miał założone gumowe buty. Całości dopełniały – dżinsowa koszula i czapeczka z daszkiem opatrzona logo Hondy. Nie pamiętam dziś dokładnie jego twarzy, chyba jednak była nieco zarośnięta.
-Słyszałem, że masz problem z psami – odezwał się bułgarski juhas.
-Błagodaria! – odpowiedziałem – miałem problem, ale już wszystko w porządku.
-Pokażę ci, jak postępować z psami. Kiedy cię zaatakują nie możesz wykonywać gwałtownych ruchów – unaoczniał te gwałtowne ruchy zamaszystymi ruchami swojego kija -Tak źle. Na psy jest jeden sposób. Pies nie ukąsi kucającego. Więc gdy zaatakują cię psy, musisz przysiąść – bułgarski góral przysiadł podpierając się z przodu kijem. Kucnąć, nie ruszać się i wołać owczarza. Psy wtedy ci nic nie zrobią.
-Dziękuję za radę
-Skąd przyjechałeś?
-Od Polsza sem.
-Słyszę, że znasz rosyjski?
Skinąłem głową.
-Ja też. Ale nie lubię Rosjan. Niektórzy Bułgarzy mówią, że Rosjanie „bracia”, ale to nieprawda. Rosjanie przywieźli tu komunizm a w górach nigdy nie było komunizmu.
-Ale od Turków was wyzwolili? Tu przecież w Bałkanie była ta bitwa pod Szibką. Tam właśnie idę.
-Wyzwolili i nie wyzwolili… Rozumiesz: dominat. Ale My wszyscy Słowianie. Rozumiesz bułgarski?
-Bołgarski razbiraja, gawariu na ruski…Jak znam polski i rosyjski, to z bułgarskim łatwiej. Trochę się już nauczyłem.
-W bułgarskim są takie słowa, jakich nie ma w żadnym innym słowiańskim języku. Na przykład „kucze” – to znaczy pies. To słowo z języka Hunów. Słyszałeś o Attyli?
Skinąłem głową.
-Dokąd idziesz?
Opowiedziałem o tym skąd wyruszyłem i dokąd zmierzam.
-I sam? – upewnił się.
-Sam. Myślałem, że kogoś spotkam, ale w górach „małko turistow”
-Samemu niedobrze. Nie wiadomo, co może się stać. Skręcisz nogę na prostej drodze. Albo żmija cię ukąsi…
-Są tu żmije?
-Pewnie, że tak. Zobacz! – wyciągnął kija wskazując miejsce jakieś półtora metra od ścieżki.
-Tu na przykład młoda żmija…
Na pierwszy rzut oka nic nie zauważyłem.
-To twoje stado?
-Tak.
-Duże?
-Trzysta sztuk.
-Można z tego żyć?
Nie zrozumiał w pierwszej chwili.
-Czy można się z tego utrzymać? Jak żyje się owczarzom w Bułgarii?
-A.. nie jestem ani bogaty, ani biedny… Mam kysztę, auto. Sprzedaję mleko i wełnę. Rozumiesz? Ani bogaty, ani biedny. W sam raz. Jak ci na imię?
-Artur.
-Krasimir.
Uścisnęliśmy sobie dłonie.
-Zimą mieszkam w swojej kyszcie. – ciągnął Krasimir -Od maja do października mieszkam w górach, w krytym wozie. Z psami.
-Psy chronią stado przed wilkami? Wołczi tu są?
-Są.
-A niedźwiedzie?
-Też.
-No. Tą drogą, wzdłuż słupów trafisz do chyży. Lek put!
-Lek put!
Krasimir zawrócił w stronę swojego stada a ja wędrowałem ścieżką w stronę schroniska Weżen.

Wydawało się, że nic złego mnie już tego dnia nie spotka. Jakim więc zaskokiem była dla mnie droga do schroniska! Schodziła niemal pionowo w dół, ubezpieczona była łańcuchami. Gdyby nie ciężki plecak nie sprawiłaby mi większej trudności, nie bałem się takich stromizn. Byłem przecież w Alpach, Pirenejach, na Orlej Perci…Ale teraz z ciężkim plecakiem i wyczerpany kilkudniowym marszem byłem prawie wobec niej bezradny. Posuwałem się bardzo powoli a zejśćie, które miało trwać pół godzinki zamieniło się w koszmar. Głód, zmęczenie, lęk przed spadnięciem skumulowały się w jednej chwili.
Boże, jeśli tak w następnych dniach będzie wyglądać droga, to się poddaję! – pomyślałem.
Kryzys przychodzi znienacka. Jeszcze przed chwilą rozmawiając z Krasimirem święcie wierzyłem w powodzenie swojej wyprawy. Teraz kompletnie w nią zwątpiłem. Od samego początku swojej wędrówki przez Starą Płaninę natrafiałem na nieprzewidziane trudności. Czy porwałem się na coś, co przekracza moje siły?
Trzeba powiedzieć stop. Umieć się wycofać. Nie jestem przecież szaleńcem…
Wreszcie doszedłem do ciemnej linii lasu. W lesie zmrok najpierw zapada blisko ziemi, w cieniu wielkich świerków, potem stopniowo zamazuje coraz wyższe kontury lasu. Już dawno minęła dwudziesta, kiedy zobaczyłem chyżę Weżen. Kolosalny budynek. Ale kompletnie pusty, jak się zorientowałem po braku świateł w oknach. Czy i ta chyża jest zamknięta?
Na szczęście w pustej jadalni przy jednym stoliku siedzieli właściciele i dwójka gości. Właściciele chyży przywitali mnie ciepło.
Wylądowała przede mną zupa, wielki talerz szopskiej, kiufteta…
Wystarczyło napełnić żołądek, żeby odzyskać stracone morale.
Gdy się najadłem, szefowa zaprowadziła mnie do pokoju. Spytała, czy mam latarkę.
-Mam, a czemu pani pyta?
-Bo w schronisku nie ma światła.
Po prostu super. Jeszcze jeden „suprize”. Zasnąłem natychmiast.

W Bunovie zrobiłem zakupy (czytaj zakupiłem większą ilość banic, biskuitów i wafli) i ruszyłem wzdłuż potoku w stronę gór. Minąłem efektowny wiadukt. Staruszka pasąca kozy pokazała mi drogę do Czawdar. Było lekko po południu, gdy doszedłem do skrytego w cieniu drzew budynku. Zapukałem do drzwi. Po chwili otwarły się i stanął w nich niewiele ode mnie starszy mężczyzna. Jego chłodne, ale przyjazne oczy szybko lustrowały moją postać.
-Dobry den, iskam za hrana! – zacząłem swoją gadkę.
-Sorry, no food, no hrana – wyraźnie skonfudował się gospodarz.
Moje pojawienie się widać było dla niego zaskoczeniem.
Boże, czyżbym był jedyną turystą w tych górach?
-A czeszma u was jest?
-Jest.
To już coś. Przynajmniej nabiorę wody. Ruszyłem w stronę źródełka.
-Poczekaj – odezwał się za mną chyżar po angielsku. Mogę ci dać pomidory, tomatoes….
I po chwili przyszedł do mnie z wielkim talerzem. Były tam pomidory, świeży ogórek, spory kawałek wędliny, serek bałkański typu feta. Chyba dosłownie wszystko, co miał w lodówce. Zrozumiałem, że ze względu na mały ruch nie prowadzi tu stołówki i sięgnął do swoich osobistych zapasów.
Usiedliśmy przy stole niedaleko źródełka.
Okazało się, że chyżar ma na imię Iwo. Okazało się, że znał rosyjski. Więc rozmowa szła wartko.
-Od Polsza sem. Gawariu na ruski, razbiraja bołgarski…
-Dokąd idziesz?
-Tak daleko, jak się da. Kom-Emine. Może do przełęczy Szipka?
-A gdzie będziesz spał?
-Myślę spać i jeść w chyżach, jeśli będą otwarte. A jak nie, to jest pałatka.
Opowiedziałem mu swoje perypetie z Trsteną, Leskovą i Murgasz.
-Nie możesz liczyć, że schroniska będą otwarte.- uśmiechnął się ironicznie Iwo -A jeśli będą otwarte, to nie możesz zakładać, że kupisz tam jedzenie. Jaką masz mapę?
Pokazałem mu swój komplet map z 1991 roku.
-Niedobre, są tu błędy. Przyniosę lepszą.
Wrócił z mapą Parku Narodowego Centralny Bałkan.
-Musisz uważać na siebie. Ludzie lekceważą Starą Planinę. Myślą niższe góry, to znaczy łatwiejsze. Myślą: byliśmy w Rile, w Pirinie, co to dla nas Bałkan? I mylą się. Tutaj szybkie zmiany pogody. Najtrudniejsze szlaki w Bułgarii, najniebezpieczniejsze. Idziesz przez Płaninę i cały czas widzisz „grob, grob”.
Iwo pochylił się nad mapą.
-Gdzie masz zamiar dzisiaj spać?
-Murgana. Jest otwarta?
-Jest. A potem gdzie?
-Svistiplaz? Oni rabotajut?
-Ne znaju. Jeden rok pracowali, potem zamknęli, potem znowu otworzyli…
-To w takim razie Planinski Izvori.
-Ne rabotajut. Tam pasterze, nie lubią turystów, bo tamci śmiecą. Nie wiem czy pozwolą ci przenocować w namiocie…Następne schronisko, które na pewno pracuje to Veżen. Tam możesz dotrzeć za trzy dni…
Nie wyglądało to dobrze, zapowiadało się, że czekają mnie bardzo trudne trzy dni marszu, w których mogę liczyć tylko na siebie.
-Co się dzieje z tymi chyżami?! puste albo pozamykane. To jakaś katastrofa…
-Zła polityka. Ludzie wynajmowali chyże na dziesięć lat i doprowadzali je do ruiny. Tam, gdzie gospodaruje turysticzeskij sojuz, tam jest dobrze. A tam, gdzie schroniska przejęły województwa – bankructwo.
-To nikt po tych górach nie chodzi?
-Chodzą. Owszem chodzą. Ale nie w sierpniu.
-To kiedy?
-Jesienią. Wiosną.W lipcu. Nawet w zimie. Ale teraz Bułgarzy są nad morzem (na morieta).
-A zagraniczni turyści?
-Są czasami. Niemcy. Polacy też. Częściej idą od morza na zachód…Duże grupy najczęściej. Po sześć – siedem osób. I nie chcą rozmawiać po rosyjsku.
Zapadła chwila milczenia.
Przyjrzałem się ukradkiem mojemu rozmówcy. Przypominał introwertyków, samotników, których spotykałem w górach nieraz – trochę niczeańskie typy, o czarnym poczuciu humoru.
-Jak ci się tu żyje przez cały rok? Ile lat jesteś chyżarem?
-Jestem tu od pięciu lat. Sam. Nie mam kobiety, dzieci. To jest moje życie. Robota zawsze się znajdzie. Zawsze jest coś do zrobienia.
-A wieczorami, zimą?
-Mam tu internet, telewizję. Książki. Nie nudzę się.
Zapadła chwila milczenia, zastanawiałem się nad następnym pytaniem, ale brakowało mi słów.
-Nie idź do tego Vezen – odezwał się nagle Iwo. – Zostań tu. Mam zdjęcia. Nikt nie sprawdzi, że nie byłeś. Posiedzimy tutaj kilka dni. Pogadamy, piwa możemy się napić. Zaraz będzie lało. Na co ci leźć przez te góry?
-Jednak muszę iść.
-Wiem, to był żart – zaśmiał się.
Żałowałem jednak, że nie mam czasu. Wiedziałem, że przez kilka dni czeka na mnie samotność. Tutaj, razem z Iwo, czas by upłynął inaczej. Mógłbym poznać jego historię, mam wrażenie, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić. To by było coś – zobaczyć Czawdar w grudniu pod zwałami śniegu, albo w październiku w ostatnim blasku złotej jesieni, zobaczyć Czawdar wiosną – zobaczyć Czawdar oczyma Iwo…
Wziąłem od niego adres mailowy. Kiedyś jeszcze muszę go odwiedzić – Iwo, samotnego chyżara z Czawdar.

Ruszyłem dalej. Nie poszedłem do chyży Murgana. Chcąc nadrobić drogi nocowałem dalej w namiocie. Burze omijały mnie szczęśliwie. Widziałem wielkie kamieniołomy Etropolskiej Płaniny, zdewastowany krajobraz po północnej stronie gór. Miejsce, gdzie się rozbiłem nie było szczególnie piękne, było wtedy już ciemno. O świcie zwinąłem się i ruszyłem w kierunku góry Svistiplaz.
Gdy jadłem śniadanie, opodal na boku szosy zatrzymał się stary, wysłużony wóz i wysiadło z niego trzech cyganów. Przyjechali zbierać „borowinku” (jagody). Całe zbocza gór były pokryte ogromnymi jagodowymi polami. Cyganie niczym mrówki poruszali się po tarasach jagodowych krzewów, byli tyci, malutcy, ledwie można było ich dojrzeć na tle potężnego masywu. Nawoływali się nawzajem głośno.
Przed wejściem na Vrch Svistiplaz zatrzymał mnie jeden z nich i poprosił o wodę.
Twarz miał zmęczoną życiem, alkoholem i tytoniem. Nie był jeszcze stary, ale już stracił połowę zębów. Te, które mu pozostały wyglądały jak czarne opieńki. Normalnie czarna śmierć w ustach. W tym strasznym upale wziął ze sobą tylko półlitrową buteleczkę jakiegoś słodkiego gazowanego napoju. Łagodnie mówiąc: idiotyzm. Nalałem mu wody do kubka z termosu. Wypił poprosił o jeszcze. Gdy chciałem schować termos, powstrzymał mnie ruchem ręki. Nadchodziła jego kobieta. W jego widać wieku, lecz mniej zniszczona. Jej też kazał nalać kubek. Wypiła.
Bułgarzy nie lubią Cyganów (zresztą kto w ogóle tak naprawdę ich lubi? kto im ufa?).Jeśli, jakiś region kraju słabiej sobie radzi gospodarczo, mówi się: „tam jest dużo Cyganów”. Cygan to w Bułgarii „cziorny”. „Cziorny wypowiedziany często z mieszaniną pogardy i obrzydzenia. Gdy byłem w Bułgarii głośna była sprawa powrotu do kraju kilkunastu Cyganów wydalonych przez Francję. Od tej informacji zaczynały się wszystkie informacyjne serwisy. „Cziornymi” nazywano chyba też, jak się zorientowałem, bułgarskich Turków. Przypomniałem sobie pomnik przy stacji, który minąłem dzień wcześniej. Postawiony w połowie lat osiemdziesiątych upamiętniał ofiary tureckiego terroru. Czemu akurat turecki terror powrócił na pomniki w latach osiemdziesiątych? Czy miało to związek z wyjazdem dziesiatek tysięcy bułgarskich Turków do Turcji?

Krótka wymiana zdań ze zbieraczami borowinki była ostatnią w tych dniach. Przez najbliższe dni miałem nie spotkać nikogo.

Utwardzoną drogą wijącą się wzdłuż głębokiego wąwozu schodziłem w kierunku przełomu Iskyru. Najstarsza nazwa tych gór brzmi Hajmon – „dział wodny”, „granica”. Tylko Iskyr ją przekracza…Oglądałem więc ściany tego Hajmonu: wysokie na kilkaset metrów skały, które przypominały mi dziecinne wyobrażenia na temat Gór Skalistych i wielkiego kanionu Kolorado. Skwar bił z niebieściutkiego nieba, odbijał się od piaskowców i wapieni. Wreszcie po czternastu kilometrach marszu zobaczyłem Lakatnik. Miasteczko wciśnięte w kanion, ulice wiły się u podnoża wzgórz. Miało się wrażenie, że wyrasta wprost ze skał. Nad rzeką przechodził wiszący most, skad schodki prowadziły na Gara Lakatnik (Lakatnik dworzec). Jechałem tędy zmierzając do Berkovicy. Na moich oczach zatrzymał się tu putniczeskij vlak i wysypali się z niego ludzie. Starsze babiny krok po kroku pokonywały schody nad rzekę. Upał był niemiłosierny i obciążony trzydziestokilometrowym plecakiem oddychałem ciężko.  Oczywiście w labiryncie uliczek przyjazne czerwone znaki zaraz się zagubiły. W jednym miejscu szlak przechodził przez czyjeś podwórko, gdzie widniał napis „złe kucze”. Kucze -znaczyło jak się domyśliłem „psy”. Łukiem wyminąłem psie podwórze, przeciąłem łączkę, gdzie pasł się jakiś refleksyjny kłapouch i zmierzałem w kierunku wieczoru. Wiedziałem, że nie będę nocował w chyży Trstena, gdzie jak mówił Atanas, wszystkie miejsca zajęli sezonowi robotnicy z pobliskich ferm.

 Dwie, może trzy „banice”, dwie butelki wody, pięć wafli, pół paczki herbatników. Oto cała żywność, którą wziąłem ze sobą. Jeść miałem przecież w schroniskach. Gdy przechodziłem przez plantację czegoś tam, pozdrawiali mnie pracujący na niej cyganie. Kawałek za schroniskiem Trstena budował się jakiś monstrualnie wielki kompleks o nieznanym mi przeznaczeniu za pieniądze Unii. Ludność Bułgarii zmniejszyła się o prawie dwa miliony w ostatnich dwudziestu latach. Dlatego stara infrastruktura z czasów Żiwkowa ledwo zipie a kraj zdaje się wyludniać. Zaludniają go w miesiace letnie, turyści…A oni potrzebują nowych wygód…Mknąłem dalej w las, na wyschnięte polany, gdzie rozrzucone kamienie budziły ponure myśli o jakichś paranormalnych zjawiskach. Wreszcie rozbiłem namiot na skraju pastwiska. Sen przyszedł szybko. Rano moim oczom ukazał się widok dzikich zalesionych zboczy. Wąską ścieżynką schodziłem między wysokie paprocie i krzaczory. Przez cały wieczór i teraz nie opuszczała mnie myśl o wodzie, o źródełku, w którym miałem uzupełnić zapasy picia. Wreszcie znalazłem jakiś ciek, który pomalutku wypełnił całe trzy litry. Pokrzepiony tym sukcesem zmierzałem hardo naprzód. Baniczki zjadłem wieczorem, bojąc się, że zepsują się w drodze. Pozostała paczka „biskuitów”, z której wydzielałem sobie skromne porcje i czekoladowe wafle Borovec. Droga szła tym zalesionym zboczem, trawersowała pasmo po północnej stronie, raz po raz otwierały się cudowne widoki na północ, przystawałem w prześwitach i zachwycałem się mechatymi sylwetami gór. Potem wyszedłem znów na trawiasty grzbiet, dziarsko naprzód, wciąż naprzód. Kilkakrotnie mijały mnie samochody drwali, którzy pytali mnie gdzie idę. Odpowiadałem niezmiennie, że do chyży. Wszystkie samochody jechały w przeciwnym kierunku, więc nie zabierałem się na stopa. Po południu dotarłem do baśniowo starego lasu bukowego. Dwustuletnie buki wyciągały ku mnie swe sękate konary, pomarszczone pnie kryły w sobie niezliczoną ilość dziupli. Tak być może wyobrażałbym sobie Fangorn z Władcy Pierścieni. Swoją drogą ciekawe – myślałem – że porównuję tę starą ziemię to Śródziemia, które przecież nigdy nie istniało poza umysłem pewnego starego profesora Oksfordu. Myśli o entach i elfach potęgowały stada koni, które wypasały się w tym bukowym gaju. Konie najróżniejszej maści, także białe… Stary kamienny krzyż, który tu znalazłem mógł stać tu nie wiadomo jak długo. Mógł pamiętać równie dobrze wiek dziewiętnasty, jak i głębokie średniowiecze. Znów brak szczegółowego przewodnika okazywał się pożywny dla mojej wyobraźni. Krzyż był opisany na bułgarskiej mapie jako Krzyż św. Ducha. Ale to było wszystko, na mapie nie pisało kto go postawił ani kiedy ani po co… Do chyży Leskova, gdzie miałem zamiar się zatrzymać i zjeść, było już niedaleko. Dotarłem tam przed godziną szesnastą, schodząc z głównego grzbietu.

„dobre doszli w chyże Leskova” przywitał mnie radosny napis nad jadalnią skrytą pod drewnianym daszkiem. Nacisnąłem klamkę do kuchni. Zamknięte. Obszedłem budynek dookoła. Zamknięty na cztery spusty. W środku widziałem kilka pustych łóżek. Chyża wyglądała na opuszczoną. Tylko woda ze źródełka lała się i mąciła panującą tu ciszę. W plenerowej jadalni znalazłem butelki po alkoholu. Należały najpewniej do drwali, którzy pracowali w okolicy. Na słupie wisiała wizytówka z numerem telefonu chyżara. Zdałem sobie sprawę, że facet tu nie mieszka i udostępnia nocleg tylko wcześniej zaanonsowanym grupom. Zresztą nie wiadomo jak dawno zawiesił tu tę kartkę. Może w zeszłym tygodniu a może w zeszłym roku? Wyobrażałem sobie, że tutejsi drwale mogą być osobnikami przypominającymi bohaterów Hłaski – Dziewiątkę, Apostoła albo Warszawiaka. Witamy w bazie ludzi umarłych … Cóż. Sprawa zaczynała mnie bawić. Bezpańskie schronisko – coś egzotycznego dla Polaka przyzwyczajonego, że te kilka górzystych procent naszego kraju jest zadeptywanych przez żądnych przygód rodaków. Bułgaria, prawie trzy razy mniejsza od Polski gór miała pod dostatkiem i nikt się nie ekscytował pustką w paśmie, gdzie obecnie się znajdowałem. Nikt nie wędrował z plecakiem ani z zachodu na wschód, ani z wschodu na zachód. Byłem tu sam, kompletnie sam. Trzeba więc iść do Murgasz. Tam, w Murgasz na pewno coś zjem i się prześpię. Miałem spis schronisk wydrukowany z internetu. Wszystkie bułgarskie opisy wyglądały podobnie – zawierały liczbę miejsc noclegowych, informacje o ewentualnej stołówce, kuchni turystycznej. Chyża Murgasz wydawała się pewnym punktem w miejscowej topografii. Była wszak dużo większa od kameralnej Leskovej. Marsz do Murgasz oznaczał jednak kolejny dzień głodowania i około ośmiu- dziesięciu godzin wędrówki. Ruszyłem niezwłocznie. Trzeba jak najwięcej przejść do wieczora, teraz kiedy jestem rozgrzany a słońce już nie jest tak dokuczliwe. Około dwudziestej minąłem dużą polanę, na skraju której znajdowały się myśliwskie ambony i wspiąłem się na kopulasty wierzchołek. Widok stąd roztaczał się przepyszny. Rozbiłem swój namiocik, zjadłem uroczyście wafla
Po dwóch dniach głodowania umysł był czysty i gotowy w spokoju kontemplować otoczenie. Pogrążyłem się w pyszałkowatych  przemyśleniach na temat ascezy, niby-mnich na niby-pielgrzymce. Patrzyłem na zachód słońca, nagrałem buńczuczny filmik – z sobą w roli Maxa Kolonko przemierzającego bułgarską głuszę. Poinformowałem swoich wyimaginowanych widzów o ilości biskuitów i wafli oraz czterech litrach wody, które w Leskovej udało mi się uzupełnić. Byłem wniebowzięty, klimat jak z into the wild:”żadnego telefonu, żądnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnego alkoholu. Totalna wolność. Estremista, podróżnik, którego domem jest droga. Uciekł od cholernego mieszczańskiego Gdańska, od zrekonstruowanych kamieniczek i niemieckich turystów. Teraz tu w dzikich górach Bułgarii przeprowadzi duchową rewolucję… Wchodzi głębiej w dzicz. Będziemy obserwować postępy ciemności”…
Przestawiłem się tryb zero-jedynkowy: jeść,pić,jeść,pić. Zero było zamiast jeść. O waflach i wodzie szedłem naprzód. Pielgrzymowałem do Murgasz i myślałem o szopskiej sałacie, która tam na mnie czeka. O kubku ciepłej herbaty. Zasnąłem.

Namiocik stał kilka metrów od ściany lasu. Obudził mnie hałas w pobliskich krzakach. Coś ciężkiego i dużego wylazło z gąszczu i sapało. Dzik, niedźwiedź a może jeden z koni pasących się na połoninie? Może Buka? Noc kryła w sobie jakiegoś nizdentyfikowanego. Ścierpłem, bałem się ruszyć palcem u nogi.Serce mi waliło. Komórka pokazywała drugą. COŚ powoli odeszło, oddychając ciężko. Zasnąłem dopiero godzinę potem.

Następny dzień nie miał w sobie nic z duchowych uniesień poprzedniego wieczoru. Kurewsko wyczerpujący dzień przez najbrzydszą część gór. Szedłem wciąż przez wysuszony las, spustoszone wyręby. Przeczołgiwałem się przez powalone w poprzek drogi pnie. Brnałem przez zwały rozrzuconych gałęzi, szukałem wyciętych w pień znaków szlaków. Oddech tego zmęczonego bukowego lasu w czterdziestopniowym upale wysysał ze mnie energię. Głód opuścił żołądek i wchodził do głowy, dostawałem zawrotów przy szybszym kroku, przed oczyma latały mi czarne plamy. Droga wydłużała się w nieskończoność. W końcu objawił się napis: „chyża Murgasz”. Odżyłem. Za zakrętem zobaczyłem sylwetkę schroniska. Ruszyłem szybko w jego kierunku, ale każdy krok odbierał mi nadzieję.Dotarłem do jeszcze jednego schroniska widmo! Murgasz szydził ze mnie powybijanymi oknami, porzuconą betoniarką, Murgasz był wymarły, nikt tu nie mieszkał. Nawet psia buda była pusta. Hej, jest tu kto? – wrzasnąłem po polsku. Rzecz jasna mój głos odbił się tylko od oczodołów okien.

„Dobrze doszli do piekła”… Możecie zadzwonić do władcy much… Sytuacja stawała się poważna. Szykował się trzeci dzień głodu. Zobaczyłem cygańskie wozy, które stały na połoninie. Może tam ktoś mieszka? Może sprzeda mi trochę jedzenia? Postawiłem plecak na ziemi i ruszyłem w stronę wozów. Były puste, tylko kilka szczeniaczków hasało po trawie. A więc jednak ktoś tu zagląda…Ktoś musi karmić te psy… Może pojawi się przed zmrokiem? Trzeba zabrać plecak… Wróciłem w stronę schroniska-widma i serce skoczyło mi do gardła…

Psia buda nie była opuszczona. Mieszkał w niej wielki owczarek, wielkości Kaukaza… Gdy krzyczałem, buda stała pusta, bo snuł się gdzieś po okolicy. Teraz wrócił i kręcił się koło mojego plecaka. Głodny, odcięty od swoich zapasów wody, od namiotu, od trekkingowych kijków, które mogły służyć do obrony, pozbawiony wszystkiego, co posiadałem w tym kraju, sam wobec wielkego owczarka, z perspektywą spędzenia nocy pod gołym niebem na wysokości 1600 metrów… nie miałem kompletnie pomysłu co robić.

PO PROSTU BEZNADZIEJA. CZARNA ROZPACZ.

Założyłem polar i ruszyłem w stronę psa.

O szóstej nie wstaliśmy. Ale wyszliśmy na szlak o dziewiątej. Ja, Kostatin i mała Weronika. Przed nami biegł Nord. Samoyed znikał raz po raz w głębokich zaroślach. Ścieżka prowadziła ostro pod górę. Szlak kluczył i kluczył aż zniknął.
-Ne ma markerovka – zmartwił się Kostatin.
-Nicievo, Nord znaet! – zażartowałem.
-Da, Nord znaet – zaśmiał się i ruszyliśmy za psem.
Przedzieraliśmy się przez zwalone pnie, raz po raz drogę przecinały nam gałęzie kosodrzewiny.
Wreszcie, po jakiejś godzinie marszu wydostaliśmy się na grań, ale dla małej Weroniki to już było za dużo. Kostatin musiał zawrócić, tym razem idąc już szlakiem, który okazało się wiódł wyraźną ścieżką. Ja ruszyłem na wschód w kierunku serbskiej granicy. Wysoki na 2016 metrów Vrch Kom okazał się kopulastym trawiastym wierzchołkiem. Wokół rozciągały się płowe połoniny. Na szczycie znalazłem fragment wiersza Iwana Wazowa poświęcony Kom. Byłem więc w miejscu, gdzie faktycznie zaczynał się bułgarski odcinek szlaku Kom-Emine. Za okolicznymi szczytami musiała już być Serbia. Niestety nie byłem przy samej granicy, więc nie wiem jak dziś wygląda jedna z ostatnich granic Europy…
Wróciłem do Kom. Iwan już na wejściu zaprosił mnie do stolika, przy którym rozmawiali z Asenem. Stanął przed mną kubek „domaszniej” rakiji. Rozmowa przeskakiwała z tematu na temat. Rozmawiali dużo o Rosji i Tadżykistanie, gdzie Asen spędził sporo czasu.Kostatin powiedział, że tej nocy będę spał w pokoju z jego dziadkiem. Dziadek Kostatina, chyba już dawno przekroczył osiemdziesiątkę. Chodzenie przychodziło mu z trudem i poruszał się o lasce. Ale wiek nie zabił w nim namiętności do tytoniu. Całkiem zdrowo popijał też rakijkę ze szklanki przyglądając się nam roześmianymi oczami. Znał język rosyjski, pracował nigdyś w kopalni, ale czy – była to praca przymusowa – nie zdołałem się dowiedzieć
Asen wypytywał mnie jak po polsku jest rakija.
Na początku trudno było mi wytłumaczyć, że rakija nie ma odpowiednika w polskim języku. Dla Bułgarów i innych mieszkańców Bałkanów – rakija to smak domu, przekazywanych z pokolenia na pokolenie przepisów, splątanych z tą ziemią korzeni. W Polsce rakija to smak południa, właśnie Bałkanów… Na pewno nie można zestawiać rakiji ze smakiem bimbru czy zajeżdżającego spirtem samogonu. Gdy piszę te słowa słucham pieśni Cherno Feredje…
Rakijczice, svetaya muczenice!
Allllelluja…
Tak leniwie nam upływały godziny. Pomyślałem, że jutro z rana muszę wyruszyć w drogę i zrobiło mi się żal, gdyż czułem się tutaj pośród gościnnych gospodarzy znakomicie. Czekały mnie jednak nowe miejsca i także nowe – spotkania.

Pożegnany serdecznie przez całą rodzinę ruszyłem w stronę przełęczy Petrohan. Droga wiodła przez bukowe lasy, niebo z początku było pochmurne, więc góry robiły dziś blade, wyprane z kolorów wrażenie. Szybko pokonałem kilkanaście kilometrów dzielących mnie od Petrohan, samą przełęcz i chyżę. Postanowiłem nocować w Pribojnicy. Chyża Pribojnica leżała w głębokiej dolinie, nad potokiem. Budynek był dość sporych rozmiarów, ale w środku zastałem jedynie rodzinę chyżara i dwójkę turystów, którą spotkałem dwa dni wcześniej w starym Kom.
-Nice to see you – uśmiechnęła się kobieta – i podzielili się ze mną swoim posiłkiem, którym było jakieś ekologiczne, ale pożywne danie.
-Iskasz rakija? – spytał chyżar.
Odpowiedziałem, że „iskam”, ale „małko”.
Nalał mi pełną szlaneczkę.
-To jest małko?! – zaśmiałem się.
-Sto gram – odpowiedział.
Chyżar nazywał się Atanas i podobnie, jak Iwan z Kom, dopiero od roku prowadził chyżę. Jego rodzina pochodziła z Płowdiw. Wszyscy spędzali tutaj teraz wakacje -żona Atanasa, dorastająca córka i syn uczący się w płowdiwskim liceum. Opowiadałem łamaną bułgarszczyzną o swoich bułgarskich podróżach. Oczywiście musiałem tłumaczyć, dlaczego sam wybrałem się w tak długą wyprawę.
Mówiłem zatem, że nie jestem sam, bo cały czas jestem wśród przychylnych i gościnnych ludzi – i że Bułgaria urzekła mnie właśnie taką otwartością. Zresztą, nieraz towarzystwo przeszkadza w podróżowaniu, czlowiek jest mniej otwarty na nowe kontakty. Na przykład plecakowi polscy turyści przemierzający Riłę i Pirin wzdłuż szlaków opisanych szczegółowo w przewodniku Bezdroży. Przyjeżdżają góry konsumować a prawie nie poznają kraju, kultury.
Pewnie masz rację – potwierdził Atanas -Wielu takich turystów tędy przechodzi. Byli tu też Polacy, ale nie byli tak rozmowni jak ty. Przejść szlak – to tylko ich interesowało.
Jakieś pół godziny – rozmawiałem z Georgim i Aleksandra dostarczyli mi nazw bułgarskich zespołów rockowych, których później, już po powrocie do kraju szukałem na youtube. W telewizji leciała ekranizacja znanej gry komputerowej Doom. Nie była zbyt skomplikowana. Wiadomo – duża ilość krwi i mózgów na ścianach. Znów się poczułem tak, jakbym daleko nie wyjeżdżał. Czy to nie dziwne – prawie nie znam ich języka – siedzę dwa tysiące kilometrów od domu i rozmawiałem z bułgarskimi licealistami o grze Wolfenstein 3D… Opuszczałem Pribojnicę z uśmiechem, przekonany, że tak będzie już do końca – chyże, dobre jedzenie, damasznia rakija… i że w ten sposób, to mogę podróżować choćby miesiąc. Jakżesz się myliłem…

Zaczyna się to na przykład tu: w pociągu Sofia-Widyń. Od Svoge po obu stronach torów wyrastają pionowe skały. Plenery iście westernowe – dnem kanionu płynie Iskyr.Jedyna rzeka, która przebija się przez potężny masyw Starej Płaniny. Za kilka dni będę musiał przeciąć ten kanion. Zejść ze stromizny na samo dno doliny, by później wspiąć się na przeciwległe pasmo. Na razie jednak tylko podziwiam potężne ściany z okien pociągu. Na jednej z małych stacji przesiądę się na „putniczeski vlak” do Berkovicy. Wsiądę do pamietającego wczesne lata sześćdziesiąte wagonu o oknach tak brudnych, że niemal przesłaniających z wolna przesuwający się za nimi pejzaż. Putniczeskie vlaki Bułgarii, zatrzymające się we wszystkich gradach i selach a nawet w szczerym polu, wlokące się niemiłosiernie z prędkością roweru… Podróż autobusem do Berkovicy trwa niewiele ponad godzinę. Pociągiem – cztery… Z dworca ruszam przez miasteczko, ruchliwe w słońcu południa bazary z warzywami. Zatrzymuję się tylko, żeby zakupić prowiant i ruszam dalej. Trafić jak najszybciej na szlak Kom-Emine. Wejść na Wrch Kom i ruszyć na wschód w stronę morza…

Mapa, którą posiadam to setka sprzed dwudziestu lat. Innej nie dostaniesz – powiedział sprzedawca na Grafa. Siedem arkuszy obejmuje Starą Płaninę od granicy serbskiej aż do morza. Długodystansowy szlak prowadzi dokładnie grzbietem pasma. Liczy 650 kilometrów. Jak daleko uda mi się dojść w tym roku? Na rogatkach miasta myślę o tym, że przeraża mnie ten dystans dwóch-trzech tygodni, który mam do przejścia. Z nieba leje się żar, w cieniu jest trzydzieści parę stopni. Wczoraj, w hostelu przy Cara Symeona widziałem miejscowe wiadomości. Temperatura wody w Morzu Czarnym przekroczyła trzydzieści stopni. Woda jest jak zupa, nie chroni przed upałem. A ja właśnie wchodzę w ten upał i dźwigam prawie trzydzieści kilo bagażu i po kwadransie jestem już dokumentalnie mokry. Do tego jestem sam. Żadnego towarzysza, przed którym wstydziłbym się chwili słabości. Żadnej dyskretnej nuty rywalizacji, która pognałaby nas naprzód. Od dzisiaj tylko ja. Rano ja. W południe ja. Wieczorem znów ja. Dobrzy ludzie pokazują jak dojść do asfaltu. Ruszam w stronę schroniska Chyży Kom. Dwadzieścia kilometrów wijącej się po stromych zboczach szosy. Jedno z tych niemiłosiernie długich nużących podejść, podczas których myślisz tylko o tym, kiedy się skończą. Najlepiej zająć wtedy mózg czymś innym. Najlepiej jakimś długim wyliczeniem. Przypominam sobie, gdzie rok po roku byłem na wakacjach podczas mojego trzydziestoletniego życia, ważniejsze wspomnienia z tych wyjazdów; na przykład sierpień 1981 – wczasy na wsi w Szymonowie i gryzącą słomę. Wielkie koło traktora. I potem pęd obrazów, z roku na rok, od jeziora do jeziora, od gór, do gór… Gdy dochodzę do dnia dzisiejszego zaczynam nowe wyliczanie – wszytkich szczytów, na których byłem. A gdy i one się skończą, sięgam po coś niezawodnego – poczet królów i książąt polskich. Samo wyliczenie synów Bolesława Krzywoustego i przydzielonych im dzielnic zajmuje dobre kilkadziesiąt metrów. Tak upływa godzina. Po niej druga i trzecia. Potem wychodzę na łąkę i miasto jest już daleko w dole. Siadam na jakimś pniaku, ale inwazja nadzwyczaj wkurwiających much zmusza mnie do powstania. Wymija mnie dość sporo samochodów. Można próbować w zasadzie jazdy na stopa. Ale stop zmusza do bezruchu. Całkowitego zdania się na łaskę lub niełaskę. Zawsze wolałem jednostajny powolny, ale jednak ruch w określonym kierunku. Tempo piechura jest stałe. Pozwala pochłaniać wszystko dookoła, inaczej już niż chociażby jazda rowerem. Autostop – to inne skupienie pamięci. Miejsca jak wyspy, z których zabierają nas krążowniki szos. Bezruch-wydarzenie-bezruch-człowiek-bezruch-niebieska łada Niva-bezruch-miasto. Można powiedzieć, że autostop wyzwala nas z pogoni za czasem. Możemy czekać na okazję dziesięć minut, godzinę a może pół dnia. A piechur? Widzicie ile już napisałem, chociaż prawie nic nie opisałem.  Marsz to niesienie czasu na własnych plecach. Chciałoby się uciec stąd, z tego upału. Z tego ruchomego środka czasu, który przechodzi przez nasze serce. Ale nie możemy robić nic ponad to – iść. Iść.

W powieściach załatwia się to jednym zdaniem. Na przykład „po dwóch tygodniach marszu drużyna pierścienia dotarła do Morii”. Znaczy zakłada się w tych dwóch tygodniach nie zdarzyło się nic godnego uwagi. Pozostał czas nieopisany. Tak i ja mogę napisać – po dwóch tygodniach dotarłem do przełęczy Szipka. Ale w chwili, gdy idę szlakiem Kom-Emine, nie ma Szipki ani wszystkich innych miejsc przede mną. Jest tylko marsz. Jest tylko teraz. Są  tylko planiny. Dzień za dniem. Kolejne małe cele. Jeśli mam opisać Starą Płaninę muszę ją przejść. Muszę opisać nie góry same, ale jak zmierzam w ich kierunku. Droga jest ważniejsza od celu. Kto oczekuje tutaj czegoś krótkiego, syntetycznego o Starej Płaninie niech zaraz zamknie tę stronę. Przez następne strony będę tylko szedł i szedł. Zdarzą się po drodze ludzie i miejsca. Opisy przyrody. Będę oddychał Starą Płaniną. Będę się tu budził i śnił.


  • RSS