nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: trekking

Botev. Ostatni odcinek w kierunku najwyższej góry Balkanu wiódł przez odkryte połoniny. Potężna sylweta góry robiła imponujące wrażenie. Nie na darmo jej turecka nazwa brzmi „Jumrukczał”, co tłumaczy się jako „podobny do pięści”. Faktycznie wyglądała jak ogromna pięść śpiącego olbrzyma. Za niewielką „zasłoną Botev” pozostawało jeszcze nietrudne, choć dość strome podejście na szczyt. Kilkaset metrów niższy od Musały i Wihrena, Botev ma swoją mitologię. Klimat jest tu bardzo surowy, pogoda kapryśna. Wierzchołek przez trzysta dni w roku pozostaje we mgle. Mówi się, że kto trafi na dobrą pogodę na Botevie będzie miał powodzenie w interesach przez cały rok. I tym razem pogoda zmieniła się dwa-trzy razy. Gdy mijałem „zasłonę Botev” szczyt był całkowicie wolny od chmur, ale niespełna godzinę później widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów, później znów nieco się wypogodziło. Góra musiała przynosić zawód tym, którzy spodziewali się po niej dzikości. Można tu było wjechać samochodem i spotkać grupki niedzielnych turystów, którzy hałaśliwie ładowali się do budynku stacji meteorologicznej. Słychać było chrapliwy dźwięk motocykli. Ale gdy zapadała cisza, w oparach mgły mogło się wydawać, że znaleźliśmy się w jakiejś stacji arktycznej. Chwilę później – przywrócony do rzeczywistości promieniami sierpniowego słońca, zauważyłem porozwieszane na ścianach kartki z ostrzeżeniem przed żmijami. Żadnej żmii jednak nie uświadczyłem. Natomiast poczułem na kolanie nos wychudzonego psa. Wyglądał żałośnie, ale nie karmiłem go. Ruszyłby wtedy za mną i trudno byłoby się pozbyć jego kłopotliwego towarzystwa. Jeśli droga przez Bałkan, to było jak mówił Iwo, „grob, grob” to apogeum tego szlaku mogił nastąpiło na Botevie. Nagrobek młodego nauczyciela i kilkorga uczniów.
Październik, lata sześćdziesiąte. Co się mogło stać? Burza? Inny nagrobek: trójka wspinaczy z lat pięćdziesiątych. Surowy kamień z czekanem zamiast krzyża. Data styczniowa. Lawina? A może któryś z nich odpadł od ściany pociągając za sobą kolegów?

Schodziłem stąd dość szybko. Zorientowałem się parę minut potem, że przecież miał to być jeden z najbardziej eksponowanych momentów wyprawy a minął prawie niezauważenie. Przecież od dwóch-trzech dni myślałem o tym, czy uda się wejść na Botev. Odtąd szlak mógł wieść już tylko niżej… Zejście było proste, częściowo wiodło utwardzoną szosą i znów najbardziej dokuczały mi obolałe stopy. Był  to już trzynasty dzień podróży. Znów spotkałem grób, tym razem jakiegoś dziewiętnastowiecznego powstańca, osaczonego przez Turków. W chyży Taza byłem znów jedynym gościem. Gospodarze byli uprzejmi, mogłem zjeść dwa talerze zupy, ale nie wdawali się w dłuższe rozmowy. Oglądałem więc bułgarskie wiadomości, ale nic się nie działo. Środek sezonu ogórkowego. Brudna plaża gdzieś tam. Brak miejsc parkingowych „na moreta” i tak dalej. Wyglądało na to, że cała Bułgaria wyjechała nad morze a ci co zostali zaraz mieli wyjechać.

Co działo się następnego dnia w drodze do chyży Uzana? Znów zobaczyłem Cyganów wynajmujących się do roboty w górach. Oblepili wypchany samochód jak owady, siedzieli w otwartym bagażniku, na dachu, trzęsąc się na krzywej bitej górskiej drodze. Gdybym zrobił im zdjęcie, w kraju mógłbym szpanować, że trafiłem do jednego z najdzikszych miejsc Europy. Nasza literatura czeka na takie obrazki – z Rumunii, Mołdowy, Macedonii… Smętny bałkański jazz wypełnia ponure krajobrazy. Jeździmy się ekscytować bezpieczną dzikością, biedą większą niż nasza, czasem spóźniającym się o dwadzieścia-trzydzieści lat. Uciekamy w melancholię. Ale przecież nie będę ściemniał. Niedługo potem trafiłem do chyży Mazalat. Po rozpadających się schroniskach, prowadzonych przez przypadkowych ludzi ta chyża musiała zrobić wrażenie. Schludna do perfekcji, w promieniu kilku kilometrów idealnie oznaczone szlaki – tak jakbym trafił do bułgarskiej stolicy marszów na orientację. Odmalowane słupy zimowego szlaku, z informacją, co ile metrów są ustawione i jaki należy obrać azymut. Przecierałem oczy ze zdumienia. Dzień był słoneczny – na ławkach na zewnątrz wygrzewali się emeryci. Starsi ludzie w górach… Ich wysłużone buty, starannie zawinięte wełniane skarpety. Plecaki wyblakłe od lat i deszczy. Przychodzili z czarnobiałych zdjęć, wolnym, ale pewnym krokiem. Możliwe, że okoliczne ścieżki przemierzali od kilkudziesięciu lat. Coraz bardziej zmęczone serca mierzyły im czas.

Z Mazalat starym lasem bukowym zmierzałem w tereny bardziej cywilizowane. Dochodziły tu asfalty, ludzie budowali weekendowe domy. Ludzie na rowerach. Chyża Uzana leżała na rozległej polanie, gdzie zatrzymywały się autobusy. Całe piętro schroniska było wynajęte na obóz językowy. Wielonarodowa młodzież uczyła się angielskiego, wszędzie porozwieszane były angielskie napisy i hasła. Przyglądałem się tym młodym ludziom zunifikowanym w europolitycznej poprawności. Wędrowałem przez ten kraj, żeby szukać, uczyć się innego. Oni się ujednolicali. Narody? To tylko różne stroje i kolory twarzy w ramach jewropiejskiego sojuza. Również oni mi się przyglądali – słyszałem złośliwe komentarze. Bo przecież nie przyznawałem się do angielskiego i mówili w mojej obecności całkiem swobodnie. Teraz zdałem sobie sprawę z tego, dlaczego duże zachodnie nacje budziły moją niechęć. Ich języki, te „języki obce”, o których konieczności uczenia słyszałem od dzieciństwa -  angielski, niemiecki, francuski, hiszpański – to były języki narodów i kultur kolonialnych. Kiedy myśmy walczyli za wolność „naszą i waszą”, Murzyni pracowali na ich plantacjach. Tam, gdzie Polacy albo Bułgarzy przyjeżdżają na Zachód do pracy jak tania siła robocza, niewiele różnią się dla nich od przybyszów z trzeciego świata. Angielski, francuski, czy niemiecki dawały swoim etnicznym użytkownikom prawo do debilstwa, z którego wyżyn i tak patrzyło z góry na resztę świata. Odgrodziłem się od nich. Brudem, zarostem, smrodem potu, łamanym językiem. Chciałem czuć „rytm ziemi, pod ręką coś namacalnego” – jak pisze Eldredge. Nic nie wiedzieć o zegarach, terminach, zyskach i stratach. Spędzać czas tak, żeby mieć brudne paznokcie. Powoli wracałem do miasta. Tylko po to, żeby za kilka dni, tygodni, miesięcy, znowu uciec. Marzyć o życiu, które jest gdzie indziej.

Utwardzoną drogą wijącą się wzdłuż głębokiego wąwozu schodziłem w kierunku przełomu Iskyru. Najstarsza nazwa tych gór brzmi Hajmon – „dział wodny”, „granica”. Tylko Iskyr ją przekracza…Oglądałem więc ściany tego Hajmonu: wysokie na kilkaset metrów skały, które przypominały mi dziecinne wyobrażenia na temat Gór Skalistych i wielkiego kanionu Kolorado. Skwar bił z niebieściutkiego nieba, odbijał się od piaskowców i wapieni. Wreszcie po czternastu kilometrach marszu zobaczyłem Lakatnik. Miasteczko wciśnięte w kanion, ulice wiły się u podnoża wzgórz. Miało się wrażenie, że wyrasta wprost ze skał. Nad rzeką przechodził wiszący most, skad schodki prowadziły na Gara Lakatnik (Lakatnik dworzec). Jechałem tędy zmierzając do Berkovicy. Na moich oczach zatrzymał się tu putniczeskij vlak i wysypali się z niego ludzie. Starsze babiny krok po kroku pokonywały schody nad rzekę. Upał był niemiłosierny i obciążony trzydziestokilometrowym plecakiem oddychałem ciężko.  Oczywiście w labiryncie uliczek przyjazne czerwone znaki zaraz się zagubiły. W jednym miejscu szlak przechodził przez czyjeś podwórko, gdzie widniał napis „złe kucze”. Kucze -znaczyło jak się domyśliłem „psy”. Łukiem wyminąłem psie podwórze, przeciąłem łączkę, gdzie pasł się jakiś refleksyjny kłapouch i zmierzałem w kierunku wieczoru. Wiedziałem, że nie będę nocował w chyży Trstena, gdzie jak mówił Atanas, wszystkie miejsca zajęli sezonowi robotnicy z pobliskich ferm.

 Dwie, może trzy „banice”, dwie butelki wody, pięć wafli, pół paczki herbatników. Oto cała żywność, którą wziąłem ze sobą. Jeść miałem przecież w schroniskach. Gdy przechodziłem przez plantację czegoś tam, pozdrawiali mnie pracujący na niej cyganie. Kawałek za schroniskiem Trstena budował się jakiś monstrualnie wielki kompleks o nieznanym mi przeznaczeniu za pieniądze Unii. Ludność Bułgarii zmniejszyła się o prawie dwa miliony w ostatnich dwudziestu latach. Dlatego stara infrastruktura z czasów Żiwkowa ledwo zipie a kraj zdaje się wyludniać. Zaludniają go w miesiace letnie, turyści…A oni potrzebują nowych wygód…Mknąłem dalej w las, na wyschnięte polany, gdzie rozrzucone kamienie budziły ponure myśli o jakichś paranormalnych zjawiskach. Wreszcie rozbiłem namiot na skraju pastwiska. Sen przyszedł szybko. Rano moim oczom ukazał się widok dzikich zalesionych zboczy. Wąską ścieżynką schodziłem między wysokie paprocie i krzaczory. Przez cały wieczór i teraz nie opuszczała mnie myśl o wodzie, o źródełku, w którym miałem uzupełnić zapasy picia. Wreszcie znalazłem jakiś ciek, który pomalutku wypełnił całe trzy litry. Pokrzepiony tym sukcesem zmierzałem hardo naprzód. Baniczki zjadłem wieczorem, bojąc się, że zepsują się w drodze. Pozostała paczka „biskuitów”, z której wydzielałem sobie skromne porcje i czekoladowe wafle Borovec. Droga szła tym zalesionym zboczem, trawersowała pasmo po północnej stronie, raz po raz otwierały się cudowne widoki na północ, przystawałem w prześwitach i zachwycałem się mechatymi sylwetami gór. Potem wyszedłem znów na trawiasty grzbiet, dziarsko naprzód, wciąż naprzód. Kilkakrotnie mijały mnie samochody drwali, którzy pytali mnie gdzie idę. Odpowiadałem niezmiennie, że do chyży. Wszystkie samochody jechały w przeciwnym kierunku, więc nie zabierałem się na stopa. Po południu dotarłem do baśniowo starego lasu bukowego. Dwustuletnie buki wyciągały ku mnie swe sękate konary, pomarszczone pnie kryły w sobie niezliczoną ilość dziupli. Tak być może wyobrażałbym sobie Fangorn z Władcy Pierścieni. Swoją drogą ciekawe – myślałem – że porównuję tę starą ziemię to Śródziemia, które przecież nigdy nie istniało poza umysłem pewnego starego profesora Oksfordu. Myśli o entach i elfach potęgowały stada koni, które wypasały się w tym bukowym gaju. Konie najróżniejszej maści, także białe… Stary kamienny krzyż, który tu znalazłem mógł stać tu nie wiadomo jak długo. Mógł pamiętać równie dobrze wiek dziewiętnasty, jak i głębokie średniowiecze. Znów brak szczegółowego przewodnika okazywał się pożywny dla mojej wyobraźni. Krzyż był opisany na bułgarskiej mapie jako Krzyż św. Ducha. Ale to było wszystko, na mapie nie pisało kto go postawił ani kiedy ani po co… Do chyży Leskova, gdzie miałem zamiar się zatrzymać i zjeść, było już niedaleko. Dotarłem tam przed godziną szesnastą, schodząc z głównego grzbietu.

„dobre doszli w chyże Leskova” przywitał mnie radosny napis nad jadalnią skrytą pod drewnianym daszkiem. Nacisnąłem klamkę do kuchni. Zamknięte. Obszedłem budynek dookoła. Zamknięty na cztery spusty. W środku widziałem kilka pustych łóżek. Chyża wyglądała na opuszczoną. Tylko woda ze źródełka lała się i mąciła panującą tu ciszę. W plenerowej jadalni znalazłem butelki po alkoholu. Należały najpewniej do drwali, którzy pracowali w okolicy. Na słupie wisiała wizytówka z numerem telefonu chyżara. Zdałem sobie sprawę, że facet tu nie mieszka i udostępnia nocleg tylko wcześniej zaanonsowanym grupom. Zresztą nie wiadomo jak dawno zawiesił tu tę kartkę. Może w zeszłym tygodniu a może w zeszłym roku? Wyobrażałem sobie, że tutejsi drwale mogą być osobnikami przypominającymi bohaterów Hłaski – Dziewiątkę, Apostoła albo Warszawiaka. Witamy w bazie ludzi umarłych … Cóż. Sprawa zaczynała mnie bawić. Bezpańskie schronisko – coś egzotycznego dla Polaka przyzwyczajonego, że te kilka górzystych procent naszego kraju jest zadeptywanych przez żądnych przygód rodaków. Bułgaria, prawie trzy razy mniejsza od Polski gór miała pod dostatkiem i nikt się nie ekscytował pustką w paśmie, gdzie obecnie się znajdowałem. Nikt nie wędrował z plecakiem ani z zachodu na wschód, ani z wschodu na zachód. Byłem tu sam, kompletnie sam. Trzeba więc iść do Murgasz. Tam, w Murgasz na pewno coś zjem i się prześpię. Miałem spis schronisk wydrukowany z internetu. Wszystkie bułgarskie opisy wyglądały podobnie – zawierały liczbę miejsc noclegowych, informacje o ewentualnej stołówce, kuchni turystycznej. Chyża Murgasz wydawała się pewnym punktem w miejscowej topografii. Była wszak dużo większa od kameralnej Leskovej. Marsz do Murgasz oznaczał jednak kolejny dzień głodowania i około ośmiu- dziesięciu godzin wędrówki. Ruszyłem niezwłocznie. Trzeba jak najwięcej przejść do wieczora, teraz kiedy jestem rozgrzany a słońce już nie jest tak dokuczliwe. Około dwudziestej minąłem dużą polanę, na skraju której znajdowały się myśliwskie ambony i wspiąłem się na kopulasty wierzchołek. Widok stąd roztaczał się przepyszny. Rozbiłem swój namiocik, zjadłem uroczyście wafla
Po dwóch dniach głodowania umysł był czysty i gotowy w spokoju kontemplować otoczenie. Pogrążyłem się w pyszałkowatych  przemyśleniach na temat ascezy, niby-mnich na niby-pielgrzymce. Patrzyłem na zachód słońca, nagrałem buńczuczny filmik – z sobą w roli Maxa Kolonko przemierzającego bułgarską głuszę. Poinformowałem swoich wyimaginowanych widzów o ilości biskuitów i wafli oraz czterech litrach wody, które w Leskovej udało mi się uzupełnić. Byłem wniebowzięty, klimat jak z into the wild:”żadnego telefonu, żądnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnego alkoholu. Totalna wolność. Estremista, podróżnik, którego domem jest droga. Uciekł od cholernego mieszczańskiego Gdańska, od zrekonstruowanych kamieniczek i niemieckich turystów. Teraz tu w dzikich górach Bułgarii przeprowadzi duchową rewolucję… Wchodzi głębiej w dzicz. Będziemy obserwować postępy ciemności”…
Przestawiłem się tryb zero-jedynkowy: jeść,pić,jeść,pić. Zero było zamiast jeść. O waflach i wodzie szedłem naprzód. Pielgrzymowałem do Murgasz i myślałem o szopskiej sałacie, która tam na mnie czeka. O kubku ciepłej herbaty. Zasnąłem.

Namiocik stał kilka metrów od ściany lasu. Obudził mnie hałas w pobliskich krzakach. Coś ciężkiego i dużego wylazło z gąszczu i sapało. Dzik, niedźwiedź a może jeden z koni pasących się na połoninie? Może Buka? Noc kryła w sobie jakiegoś nizdentyfikowanego. Ścierpłem, bałem się ruszyć palcem u nogi.Serce mi waliło. Komórka pokazywała drugą. COŚ powoli odeszło, oddychając ciężko. Zasnąłem dopiero godzinę potem.

Następny dzień nie miał w sobie nic z duchowych uniesień poprzedniego wieczoru. Kurewsko wyczerpujący dzień przez najbrzydszą część gór. Szedłem wciąż przez wysuszony las, spustoszone wyręby. Przeczołgiwałem się przez powalone w poprzek drogi pnie. Brnałem przez zwały rozrzuconych gałęzi, szukałem wyciętych w pień znaków szlaków. Oddech tego zmęczonego bukowego lasu w czterdziestopniowym upale wysysał ze mnie energię. Głód opuścił żołądek i wchodził do głowy, dostawałem zawrotów przy szybszym kroku, przed oczyma latały mi czarne plamy. Droga wydłużała się w nieskończoność. W końcu objawił się napis: „chyża Murgasz”. Odżyłem. Za zakrętem zobaczyłem sylwetkę schroniska. Ruszyłem szybko w jego kierunku, ale każdy krok odbierał mi nadzieję.Dotarłem do jeszcze jednego schroniska widmo! Murgasz szydził ze mnie powybijanymi oknami, porzuconą betoniarką, Murgasz był wymarły, nikt tu nie mieszkał. Nawet psia buda była pusta. Hej, jest tu kto? – wrzasnąłem po polsku. Rzecz jasna mój głos odbił się tylko od oczodołów okien.

„Dobrze doszli do piekła”… Możecie zadzwonić do władcy much… Sytuacja stawała się poważna. Szykował się trzeci dzień głodu. Zobaczyłem cygańskie wozy, które stały na połoninie. Może tam ktoś mieszka? Może sprzeda mi trochę jedzenia? Postawiłem plecak na ziemi i ruszyłem w stronę wozów. Były puste, tylko kilka szczeniaczków hasało po trawie. A więc jednak ktoś tu zagląda…Ktoś musi karmić te psy… Może pojawi się przed zmrokiem? Trzeba zabrać plecak… Wróciłem w stronę schroniska-widma i serce skoczyło mi do gardła…

Psia buda nie była opuszczona. Mieszkał w niej wielki owczarek, wielkości Kaukaza… Gdy krzyczałem, buda stała pusta, bo snuł się gdzieś po okolicy. Teraz wrócił i kręcił się koło mojego plecaka. Głodny, odcięty od swoich zapasów wody, od namiotu, od trekkingowych kijków, które mogły służyć do obrony, pozbawiony wszystkiego, co posiadałem w tym kraju, sam wobec wielkego owczarka, z perspektywą spędzenia nocy pod gołym niebem na wysokości 1600 metrów… nie miałem kompletnie pomysłu co robić.

PO PROSTU BEZNADZIEJA. CZARNA ROZPACZ.

Założyłem polar i ruszyłem w stronę psa.


  • RSS